Tak sobie tu żyjemy, a tymczasem Napisawszy właśnie skończyło 10 lat. I Ono także. To jest moment, w którym podjęłam decyzję, że więcej wpisów z tego cyklu nie będzie.
Koniec pewnego rozdziału
Potrzebowałam spisywać te myśli i emocje na gorąco, szczególnie na początku macierzyńskiej drogi. Czułam wręcz przymus dzielenia się nimi, słyszenia od innych: ja też tak miałam, znam to, mija. To były też czasy mocnego lukrowania macierzyństwa w social mediach (albo ja na takie treści trafiałam). Moje doświadczenie i nurt odczarowywania czy normalizacja trudnych emocji stanowiły jakąś odskocznię. Jednak kiedy Ono podrosło i zaczęło być nie tylko przedmiotem mojej opieki, ale także podmiotem i aktywnym uczestnikiem naszego życia — potrzeba pisania o tym stała się mniejsza.
Motywacja wewnętrzna
Zmiana zaszła też we mnie. Pamiętam, jak drżałam przed oceną jakości mojego macierzyństwa, jakby kontakty ze światem były swoistą formą nieustającego egzaminu. Pamiętam też wszystkie razy, kiedy we własnej głowie „oblałam”: tak odbierałam każdą krytyczną uwagę, niechętny komentarz, krzywe spojrzenie ze strony obcych mi ludzi. Pisanie pomagało mi sobie z tym poradzić, uporządkować myśli. I dojść do punktu, w którym okrzepłam w nowej roli i nabrałam pewności siebie – tej wewnętrznej, niewymagającej aprobaty innych.
Ostatni krok przed granicą
Chociaż zawsze starałam się trzymać pewnych granic i snuć tę macierzyńską opowieść bardziej o sobie niż o małym człowieku, to stopniowo przestało być w pełni możliwe. Pisząc o moich doświadczeniach z niemowlakiem czy toddlerem, nie czułam, żebym zahaczała nadmiernie o kwestie prywatności dziecka. Przymierzając się do wpisu na 9. urodziny (i nawet wcześniej!), uznałam, że nie dam rady pisać o sobie bez pisania o życiu Ono. A to wydawało się coraz bardziej nie w porządku. Trochę jak obgadywanie nieobecnych.
50 twarzy sharentingu
Dodatkowo, obecny klimat wokół zagadnienia sharentingu i obecności dzieci w sieci jest zgoła inny niż był dekadę temu. Samo pojęcie sharenting trafiło do słownika Collinsa już w 2016 r. (obok oxfordzkiego, to największy autorytet w dziedzinie angielszczyzny jako języka). Jednak to, co nazywaliśmy sharentingiem wtedy, teraz ma więcej form i aspektów. Te dzieci, których zdjęcia w 2006 r. oglądaliśmy na Naszej Klasie, są już dorosłe. Pojawia się coraz więcej głosów krytycznych ze strony osób, które od dnia narodzin albo nawet jeszcze przed „działały” w sieci za pośrednictwem swoich rodziców.
Komfort bycia nikim
Mnie pomaga fakt, że nie jestem znaną osobą, a mój blog i social media są prowadzone czysto hobbystycznie. Nie muszę i nigdy nie musiałam rozważać, czy pokazanie dziecka, zdradzenie jego płci albo imienia podbiłoby zasięgi czy zwiększyło zaangażowanie odbiorców, co potencjalnie miałoby przełożenie na moje zarobki. Jedyna korzyść, jaką miałam z pisania o dziecku, była niematerialna. I już jej nie potrzebuję.
Alfy w sieci
No i w końcu, choć może powinnam od tego zacząć, Ono jest w wieku, w którym wprost wyraża swoje preferencje. To pokolenie lepiej od nas wie, czym jest internet i jakie mogą być konsekwencje publikacji swoich zdjęć czy danych wrażliwych. Szkoła robi tutaj świetną robotę, bo odwala edukację cyfrową, za jaką dałabym się pokroić, kiedy w 1999 wchodziłam na czaty na mIRC-u. (Nikogo nie winię, bo nasze pokolenie nie miało od kogo uczyć się właściwych nawyków w kontakcie z ekranami. Tyle dobrego, że mieliśmy Netykietę i jakieś podstawy zdrowego rozsądku. Oraz kampanię o Wojtku). Moje dziecko zauważa, kiedy wyciągam telefon, żeby zrobić zdjęcie, i dopytuje się, gdzie zamierzam je opublikować. Czat z babciami dostaje okejkę. Instagram czy blog – nope.
Prompty, które niszczą prywatność
Ostatnio padło żądanie wglądu w moje konto na Instagramie i usunięcia części zdjęć. W pierwszej chwili zaprotestowałam: hej, przecież nie widać tu twojej twarzy! Na to dziecko spokojnie: wiesz, że AI może ją dorobić? Trudno z tym dyskutować. Kiedy publikowałam te fotki, lata temu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że będzie taka możliwość. Oraz szereg innych, z których moje dziecko na szczęście jeszcze nie zdaje sobie sprawy, i oby jak najdłużej było nieświadome istnienia ciemnej strony sieci.
Przekazanie cyfrowej odpowiedzialności
Nie żałuję decyzji, którą podjęłam te 10 lat temu. Cieszę się, że udało mi się przez te wszystkie lata zachować dla Ono choć trochę cyfrowej anonimowości. Teraz pora oddać pałeczkę dziecku — jeśli (lub: kiedy?) postanowi zaistnieć w sieci, to za sprawą swojej decyzji. Jakakolwiek by nie była, będę ją wspierać.
Dzięki, że byłaś ze mną przez minione 10 lat i mam nadzieję, że zostaniesz dla tematów innych niż rodzicielstwo.
Pozostałe wpisy w tym cyklu: życie z 8-latkiem | 4. urodziny w lockdownie | praca zdalna z 3,5-latkiem | życie po długim karmieniu piersią | codzienność z 2-latkiem | z roczniakiem | z niemowlakiem | z noworodkiem
Zdjęcie tytułowe: Haru Toyko | Unsplash

Reply