78 dni później. Ono kontra lockdown

Ono poszło dziś do szkoły po raz pierwszy w tym roku.
Ostatnie 2,5 miesiąca spędziliśmy we trójkę. Ciągle we trójkę. Od świtu do zmierzchu. Ten wpis jest próbą uporządkowania wszystkiego, co się działo. Zapiszę i zapomnę.

Dzień Świstaka

Tak wyglądał ten czas: nieznośnie monotonny, do mdłości powtarzalny. Podać śniadanie przed zdalną lekcją, ogarnąć dziecko, ogarnąć siebie. Przygotować wszystko do spaceru, byle cicho, żeby sąsiad nie włączył muzyki. Wyjść do tego parku co zawsze, ewentualnie do tego drugiego co zawsze. Popracować z placu zabaw, odpisując na maile zgrabiałymi z zimna palcami. Po powrocie spędzić godzinę na przekonywaniu dziecka, żeby zrobiło jedno 5-minutowe ćwiczenie z liczenia albo angielskich głosek. Uspokoić płaczące dziecko. Uspokoić wyrzuty sumienia, że ćwiczenia są niezrobione. Podać obiad, a raczej już kolację. Siąść do laptopa i starać się nie słyszeć rozgrywającej się w tle dramy w temacie mycia i zasypiania. I rano od nowa.


Domowe przyjemności

Atrakcją dnia mogła być paczka ze skarpetkami w nowym rozmiarze, Ono ekscytowało się tym bardziej niż Gwiazdką. Kanapkę zrobioną według przepisu z Pinteresta obfotografowałam i wysłałam wszystkim znajomym. Licytowałam na potęgę używane ciuchy na eBayu – zazwyczaj przegrywałam, ale co za emocje! Przeprowadziłam degustację babyccino we wszystkich okolicznych kawiarniach. Jadłam rosół z termosu na zaśnieżonej parkowej ławeczce. Czasem spotykałam się z kimś znajomym na spacerze – choć teoretycznie to było zabronione, bo wolno wyłącznie, żeby poćwiczyć. Ale czymże innym jest huśtanie dziecka, jak nie treningiem? Kardio i cierpliwości.


Na skraju otchłani

Przez większość czasu miałam obezwładniające poczucie, że coś zawalam. Siedząc z Ono nad lekcjami – myślałam, że powinnam pracować. Idąc na plac zabaw – martwiłam się, że nie ćwiczymy czytania. Ćwicząc czytanie po angielsku – zadręczałam się, że nie uczę polskiego. Stukając w klawisze laptopa – walczyłam z wyrzutami sumienia, że dzieckiem zajmuje się Netflix. Podobnej samokrytyce poddawałam nieustannie swoją rolę żony, córki, siostry, przyjaciółki, gospodyni domowej i za kogo ja tam jeszcze robię. Ciągłe bycie niewystarczającą w połączeniu z niepokojem o bliskich (jedni w grupie ryzyka, inni borykający się z długofalowymi skutkami choroby), przedwiosenną szarością i coraz bardziej przygnębiającymi wieściami z Polski sprawiło, że czułam się, jakbym balansowała na krawędzi, za którą jest tylko czarna otchłań.


Depresja toddlera

Ono znosiło izolację równie źle. „Nic mnie nie ucieszywa” – wyznało z rozpaczą pewnego wieczoru. „Przecież pan premier nie pozwolił” – przekonywało, kiedy chciałam opowiedzieć, co dziś zrobimy na spacerze. „Bo jest epidemia!” – odpowiadało znużone na każde nasze „dlaczego nie?”. W końcu życie z dnia na dzień stanęło na głowie, a wszystkie stałe elementy codzienności okazywały się albo zamknięte (jak szkoła czy muzea), albo zakazane (jak jazda metrem albo spotkania z rówieśnikami). Nasze napięcie czy nerwy były zaraźliwe, więc żyliśmy jak palacze w fabryce fajerwerków: ciągle zagrożeni wybuchem.


Lockdown 3.0

To trzeci lockdown, jaki ogłoszono w Wielkiej Brytanii, i dla nas najtrudniejszy, bo oznaczał zamknięcie szkół. Czyli wróciliśmy do sytuacji, w której musimy jednocześnie być rodzicami i pracownikami, a do tego nauczycielami własnego dziecka, i to w dwóch językach. Nikt nie był na to przygotowany.

  • Wyjście z domu: dozwolone do pracy, na zakupy, do lekarza, z dziećmi (nauka/opieka), pomoc w nagłych wypadkach.
  • Podróżowanie: do 5 mil (8 km) od miejsca zamieszkania. Nie można nocować poza domem.
  • Sklepy: czynne tylko te niezbędne (jedzenie, chemia i kosmetyki, leki, sprzęt ogrodniczy i budowlany). Wszystko inne zamknięte.
  • Szkoła: zdalnie dla wszystkich uczniów poza dziećmi kluczowych pracowników oraz tymi z grup ryzyka.
  • Przedszkola i żłobki: czynne.
  • Spotkania: wyłącznie na powietrzu, maksymalnie 1 osoba spoza gospodarstwa domowego, z zachowaniem dystansu 2 m, nie można siedzieć. Jako osoby nie liczy się dzieci poniżej 5 lat.

Niekończąca się histeria

Cała ta sytuacja od momentu ogłoszenia nie miała żadnej, nawet orientacyjnej daty końcowej. Pojawiały się plotki, przecieki, pogłoski – ale jakiekolwiek konkrety zakomunikowano dopiero pod koniec lutego. Życie w stanie zawieszenia, w tymczasowości, która była naszą nową normalnością, bez wiedzy, kiedy i czy w ogóle cokolwiek się zmieni, okazało się ekstremalnie trudne. Na naszą rodzinę wpłynęło fatalnie. Mnie doprowadziło do wypalenia rodzicielskiego, kiedy energię miałam jedynie na niezbędne czynności, do jakich nie zaliczało się np. prowadzenie konta na Insta. Albo wirtualne zaangażowanie w strajki kobiet. Albo płacz ze zmęczenia.


Jak być kwiatem lotosu

8 marca Wielka Brytania otworzyła szkoły. Przed wejściem do naszej były balony i maszyna do baniek, brakowało tylko szampana dla rodziców. Dostaliśmy za to zdjęcie klasowe. Nieostre, bo dzieci podskakiwały z ekscytacji, że wreszcie się zobaczyły. Mnie wystarczył jeden dzień pracy w samotności, żebym z wiecznie spiętej, warczącej osoby zamieniła się w łagodną i pełną spokoju mamę. Zaledwie 6 godzin spędzone na metodycznym odhaczaniu poniedziałkowych obowiązków pozwoliły mi np. cierpliwie przeczekać falę akustyczną, którą wyprodukowało Ono w obliczu skaleczenia sobie kciuka. Miałam zasoby psychiczne na pełną empatii rozmowę o bakteriach i rodzajach plastrów. Odetchnęłam. Odetchnęliśmy.


Więc już bez lockdownów, bardzo proszę. Postarajmy się wszyscy. W Polsce też.

By

Posted in

Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

czternaście − 4 =