Czekałam na ten dzień od, nie przymierzając, roku. Nieświadomie pewnie nawet dłużej. Wiedziałam, że nadejdzie.
Niczym nie różnił się od poprzednich.

Jak co wieczór, po kąpieli nakarmiłam moje dziecko piersią. A Ono zasnęło w kilka minut, wtulając się z ufnością. Następnego dnia wyjechałam na weekend. Po powrocie dostałam buziaka. Małe rączki owinęły się wokół mojej szyi. „Zobacz, tatusiu. Mamusia już jest!”.


I to było na tyle.
Bez spektakularnych pożegnań, rozdzierającego płaczu.
Po prostu koniec.


Dawno, dawno temu

Nie spodziewałam się, że będę karmić piersią tak długo. Planowałam pół roku! Wiedziałam, że po powrocie do pracy nie będę mieć możliwości odciągania pokarmu. A to wydawało mi się niezbędne. (Jak się okazało, tkwiłam w błędzie). Ostatecznie, mimo pewnych przebojów po drodze i wielokrotnych postanowień „jak się odessie, rzucam to w diabły”, karmiłam przez prawie 3 lata.


Butelka na cenzurowanym

To był pierwszy prawdziwy problem, jaki napotkałam, bo zatkane kanaliki, lekkie zastoje czy trenowanie do szpagatu podczas karmienia to drobiazgi, z którymi poradziłam sobie sama. Kiedy jednak przyszło do podania mojego mleka w inny sposób niż bezpośrednio z dystrybutora, moje dziecko okazało się ekoświrem. Na smoczki patrzyło ze wstrętem, plastikowe kubeczki odpychało z pogardą, mlekiem w proszku podanym ze strzykawki pluło, patrząc na nas spojrzeniem pełnym jawnej dezaprobaty. Po kilku próbach na sam widok butelki podnosiło larum, od którego trzęsły się ściany.


Laktacja w biurze

Kiedy więc zostawiłam dziecko CAŁKIEM SAMO (znaczy: bez piersi, bo On ma tylko jakieś bezużyteczne sutki), wisiało nad nami realne ryzyko strajku głodowego. Ku naszej uldze, dzień udawało się przetrwać na przekąskach, a ja, dzięki dwóm 30-minutowych przerwom na karmienie, jakie przysługują pracującym matkom, mogłam wyjść z biura trochę wcześniej. Pierwszego dnia wzięłam ze sobą laktator, na wypadek ryzyka eksplozji. Nie był potrzebny. Moje piersi zaadaptowały się do nowego trybu szybciej niż głowa.


Duch przekory

Bo głowa działała dziwnie. Podczas ciąży nie miałam zupełnie parcia na karmienie piersią, dopóki nie dowiedziałam się, że wszystkie moje oczekiwania dotyczące porodu nie będą miały szansy się spełnić. A ze wszystkich uczuć, jakich nie lubię, bezsilność i bierność znajdują się blisko czołówki. Całą energię zaoszczędzoną na nicnierobieniu podczas porodu pchnęłam w karmienie. Wreszcie coś, co zależało tylko ode mnie, od moich starań i mojej decyzji. Wreszcie coś, co mogłam ROBIĆ, a nie tylko czekać, aż się stanie.


Pełne spektrum emocji

W ciągu tych niemal 3 lat przeszłam chyba przez wszystkie możliwe uczucia, jakie można żywić wobec tak przecież naturalnej czynności. Na początku czułam się zwycięzcą: zrobiłam to! Zrealizowałam plan! Później przyszło potworne zmęczenie, związane z pobudkami nawet co godzinę. I odwilż, kiedy nauczyłam się karmić na leżąco, a nocne przewijanie przestało być potrzebne. Było zaciskanie zębów i tupanie, żeby nie krzyknąć, tak przenikliwie bolało przystawianie. Były też chwile gotowania się ze złości na to wiszące na mnie niemowlę, niedające nawet wyjść do toalety. Ale i były momenty pełne harmonii ze wszechświatem. Było kojenie tęsknoty czy rozpaczy, łagodzenie swędzących dziąsełek, nawadnianie w upał i przy jelitówce. I był czas porozumiewawczych spojrzeń, uśmieszków i totalnego niewerbalnego porozumienia na niewyobrażalnym dla mnie wcześniej poziomie.

Foto: Maria Kędzierska

Byłam w Rio, byłam w Bajo

Pamiętam pierwsze karmienia poza domem, stresujące jak matura. Pierwszy dalszy spacer z 3-tygodniowym oseskiem i moje „wracajmy, bo tu nie mam jak nakarmić”, co tak naprawdę znaczyło, że wstydzę się rozpiąć bluzkę w krakowskim Ogrodzie Botanicznym. Wtedy potrzebowałam jeszcze kojących objęć naszego fotela i koniecznie poduszki w kształcie kury. A później było karmienie na ślubie naszych znajomych, kiedy oni przysięgali sobie same dobre rzeczy, a ja siedziałam metr od fortepianu jak madonna karmiąca i ocierałam łzy wzruszenia. Karmiłam też na cmentarzu w Berlinie. I wśród róż w londyńskim Queen Mary’s Garden. W samolocie. I w pociągu. W biurze podczas firmowego grilla. Oraz w parku miejskim, na stojąco, bo nie było gdzie usiąść.


Kraina łagodności

Odstawianie od piersi to proces, który dla dobra obu zainteresowanych stron powinien przebiegać możliwie łagodnie i długo. Wiedziałam to, jednak kiedy zaczęłam (w styczniu zeszłego roku), nie spodziewałam się aż takiego rozciągnięcia w czasie! Celowałam w drugie urodziny, a ostatecznie zacumowałam 1,5 miesiąca przed trzecimi. Nie spieszyło mi się. Stopniowo eliminowałam kolejne karmienia, zaczynając od tych najmniej istotnych dla Ono. Większość ludzi uznaje, że odstawianie kilkulatka jest trudniejsze niż niekumatego niemowlaka. Jestem odmiennego zdania. Kilkulatkowi można dużo więcej wytłumaczyć. I nie trzeba wprowadzać zamienników.


Metoda małych kroków

Więc najpierw wyjaśniłam Ono, że od dzisiaj nie ma karmień na placu zabaw. Zaczęłam czuć się niekomfortowo pod ostrzałem spojrzeń innych rodziców. Po kilku tygodniach zrezygnowałam ze wszystkich karmień poza domem. Zamiast tego proponowałam „żelki” 100% owoców i wodę w bidonie, plus dużo tulenia. Później przeprowadziłam z Ono poważną rozmowę przy udziale książeczki „Masło śpi” na temat tego, że w nocy śpi wszystko, nawet „meme”. I ten etap – ograniczanie karmień nocnych – trwał u nas najdłużej ze wszystkich. Co najmniej pół roku. I był trudny dla nas trojga, bo Ono jest twardym negocjatorem i gdyby mogło, podpalałoby świat przy każdym NIE. Szyby w oknach drżały, a propozycje musu, żelków, wody czy mleka krowiego w kubeczku odbijały się od zakamieniałego w swoim uporze, wrzeszczącego dwulatka.


Ostatni łyk

Jakoś od stycznia karmiłam tylko wieczorami, do snu. A i to nie codziennie, bo dwa razy w tygodniu wychodziłam wieczorem na jogę. Ono powoli przywykło do zasypiania przy książeczce, tulenia się do Niego. Ja też przyzwyczajałam się do myśli, że etap bycia matką karmiącą zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu. Co nie przeszkadzało mi czuć się DZIWNIE, kiedy rzeczywiście to nastąpiło. Jakby ktoś dał mi w prezencie coś, o czym tak długo marzyłam, że już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek to dostanę.


Baby blues o czwartej nad ranem

Gdybym miała opisać to, jak się czułam w pierwszym okresie po zakończeniu karmienia, to byłoby to połączenie początków przeziębienia z wyjątkowo uporczywym PMS-em. Wahania nastrojów, drażliwość, płaczliwość, poczucie połamania, ogólnego osłabienia, senność i przytłaczające zmęczenie. A dodatkowo smutek. I poczucie, że coś jest dogłębnie nie tak, jak powinno być. Oraz wyrzuty sumienia, że się nie cieszę (przecież powinnam!), lub też że się cieszę (nie zaczekałam do samoodstawienia, skrzywdziłam dziecko!). Ten stan trwał ok. 1,5 tygodnia. I jestem zdania, że odstawianie powinno być jednostką chorobową, na którą można wziąć zwolnienie lekarskie.


Ono na to jak na lato

Ono parę dni temu rozsunęło mi zamek mojego podomowego kombinezonu.

– Tu jest meme! – oznajmiło gromko.
– Hm, tak – potwierdziłam, nieco skonfundowana.
– Ale nie lobim już meme, mamusiu. Nie jestem dzidziusiem. Możem tulić.
– Możesz.
– Dobla. Tulim.


Karmienie piersią w jakimś stopniu zdefiniowało moje macierzyństwo. Ale i wzmocniło mnie jako człowieka. 

Dziękuję. Było fajnie. I nadal będzie.


Zdjęcie tytułowe pochodzi z sesji w ramach projektu Kraina Mlekiem i Miłością Płynąca, zrealizowanej przez duet cudownych fotografów rodzinnych: Olę i Łukasza, czyli Pixel Heart.

Dziękuję też doulom Marysi Gierszewskiej z Fundacji Makatka i Oli Bisztydze za wsparcie po zakończeniu mlecznej drogi. Bez Was nie dałabym rady.