Za mną 365 dni celowego ograniczania zakupów. Głównie ubraniowych, ale poszerzyłam to również na inne dziedziny życia. Teraz pora na podsumowanie, czy miniony rok czegokolwiek mnie nauczył. A może cofnęłam się o kilka kroków na drodze do świadomej konsumpcji?
Założenia versus rzeczywistość
Moje początkowe postanowienia były takie, żeby przestać kupować ubrania, uzupełnić stan posiadania o dodatki z listy oraz skupić się na innych aktywnościach, które dają mi radość. Oszacowałabym, że wypełniłam plan w jakichś 80%. Rzeczywiście kupiłam te akcesoria, których mi brakowało: pasek, bieliznę termiczną, czapkę, szalik, dwie małe i dwie duże torebki oraz super ciepłe skarpety wełniane, które okazały się niezastąpione zarówno na łódkę, jak i po prostu na zimowe dni.
Garść sukcesów
Zamiana rzeczy na doświadczenia poszła super. Zrealizowałam część punktów z listy z tego wpisu, do tego chodziłam do teatru i kilkukrotnie odwiedziłam Polskę. Ograniczyłam social media i przeczytałam sporo książek. Mało było tylko barkowania, ale nie z mojej winy – tegoroczna susza w Anglii spowodowała zamknięcie części kanałów. Cieszyłam się codziennością, tą zupełnie zwyczajną, bo wcale nie potrzebuję fruwać w tunelu aerodynamicznym czy rzucać siekierami, żeby sobie zapewnić radość zastępującą tę z zakupów. Czasem wystarczy pójść popływać, odwiedzić farmę ze zwierzątkami albo fajną cukiernię. Albo zapalić własnoręcznie zrobioną świecę zapachową i posiedzieć przy kominku z dobrą książką.
…i garstka porażek
Co się nie udało, to zakładany początkowo całkowity brak zakupów ubraniowych. Kupiłam łącznie 8 rzeczy: 3 zamienniki (spodnie w miejsce skurczonych, koszula w miejsce dziurawej, kardigan w miejsce tego, któremu rozeszły się szwy – wszystkie trzy z drugiej ręki) oraz 5 sztuk innych ubrań, nowych i totalnie bazowych, które już teraz mają na koncie dwucyfrową liczbę użyć. Miało być zero, więc uznaję to za swego rodzaju porażkę. Ale to porażka niedużego kalibru, bo na tle przeciętnego Europejczyka nadal wypadam niebywale blado: daleko mi do 19 kg lub 42 sztuk ubrań, a statystyczny Brytyjczyk kupuje nawet 64 sztuki rocznie. O prawdopodobnych przyczynach i wnioskach – za chwilę.
Fokus na to, co naprawdę się liczy
Było w 2025 kilka wydarzeń, które pomogły mi przenieść wzrok z wylewającego się zewsząd „kup-kup-kup” na to, co rzeczywiście ważne. Poza tym, o czym czytałam w wiadomościach ze świata, zaliczyłam kilka prywatnych strachów i stresów tak o zdrowie najbliższych, jak i o siebie samą.
Oprócz tego przenieśliśmy Ono do innej szkoły, co dopiero pozwoliło dostrzec, jak źle sytuacja wyglądała wcześniej, oraz docenić, jak dobrze jest teraz – i odetchnąć z ulgą. Można powiedzieć, że to był rok, w którym było mi łatwo nie szaleć z zakupami. Miałam istotniejsze problemy, przy których zastrzyk przyjemności z nowej kiecki byłby czymś w rodzaju próby zaradzenia na powódź paczką waty.
Gdzie rosną dzikie potrzeby
Nie jest żadną tajemnicą, że zakupy to coś więcej niż zwykłe zaspokajanie potrzeb fizjologicznych. Estetyka, poczucie kontroli, przynależność, zdobycie czy utrzymanie statusu, samorealizacja, poprawa nastroju czy stymulacja sensoryczna poprzez nowe wrażenia to aspekty, na które możemy odpowiadać, kupując. Tak jest też w moim przypadku. Kiedy kupowałam te t-shirty, spódnicę czy spodnie, decyzja nie wynikła z tego, że nie mam innych ubrań. Podjęłam ją dlatego, że podobały mi się te rzeczy i podobałam się sobie w nich.
Do tego zadziałała magia przymierzalni. Dowiedziono, że jeśli klienci mogą komfortowo wejść w fizyczny kontakt z produktem, są bardziej skłonni do zakupu – między innymi dzięki temu Ikea rocznie sprzedaje rzeczy za 45 miliardów euro (dla porównania, podobnej wysokości jest roczne PKB Albanii). Wszystkie nadprogramowe zakupy zrobiłam stacjonarnie. Do decyzji przyczyniło się również towarzystwo: podczas zakupów solo znacznie łatwiej wejść w tryb zadaniowy, a obecność rodziny czy koleżanek dodaje do całego procesu aspekt społeczny i rozrywkowy, zwiększając szanse na spontan i odejście od racjonalnych postanowień. Nie żałuję, bo zakupy w Polsce w towarzystwie mamy czy koleżanki to raczej kategoria doświadczeń. Ale jest to lekcja dla mnie, żeby chodzić do sklepów odzieżowych samotnie, a z bliskimi do kawiarni, muzeum lub teatru. Albo na targ, bo nad zakupem warzyw nie trzeba się specjalnie zastanawiać!
Quo vadis, Olgo
Moment podsumowania jest idealny, żeby zadać sobie to zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co chcę w życiu robić? Odpowiem przewrotnie, że doskonale wiem, czego NIE CHCĘ: poczucia przytłoczenia stanem posiadania, braku kontroli nad finansami, ciągłego sprzątania bałaganu w szafie, myśli „nie mam się w co ubrać”, czy wizji, że kolejna przeprowadzka będzie kosztować majątek z powodu mojego nadmiaru ciuchów, talerzy czy książek. Chcę mieć przyjemność z porannego szykowania się – bez względu na to, czy idę tylko do mojego domowego biura w przedpokoju, czy też na kawę z koleżanką. Czuję, że do tego celu może mnie doprowadzić właśnie ograniczanie się w zakupach oraz pozbywanie się nadmiaru. To długotrwały proces, bo nie jestem i nigdy nie byłam zwolenniczką ascezy, skrajności czy radykalnych rozwiązań. Ale coraz bliżej.
Definicja nadmiaru
„Za dużo” nie jest kryterium obiektywnym. Nieustanne konfrontowanie stanu posiadania ze swoimi aktualnymi potrzebami przypomina robienie na drutach sweterka na ciasto drożdżowe. Zanim zdążysz skończyć projekt, obiekt zmienia kształt i objętość, więc prujesz kawałek i dorabiasz z innej strony, ale ciasto wtedy rośnie albo opada. To praca, która się nie kończy. I nie ma drogi na skróty.
Mój nadmiar może być czyimś minimalizmem, a moje totalne minimum – nadmiarem dla kogoś innego. Czy 33 ubrania na jeden sezon to dużo, czy mało? Kiedy to czytasz, może myślisz „o rety, nie dałabym rady ciągle chodzić w tym samym!” albo „phi, ja mam tyle na rok i to od dekady”. Robię to wszystko dla siebie, żeby czuć się lepiej w przestrzeni, w której żyję, optymalizować codzienne wybory, nie mieć wrażenia bycia na sznurku konsumpcjonizmu.
I co dalej w 2026?
Po tym roku mogłam pójść w jednym z trzech kierunków. Pierwszy – wrócić do standardowego trybu, czyli przestać analizować to, co i dlaczego kupuję, i robić zakupy bez większego zastanowienia, czy nawet pod wpływem impulsu. Drugi – kontynuować projekt z 2025, czyli sprawdzić, jak mi pójdzie kolejne 12 miesięcy low-buy z tymi samymi zasadami, tylko z resetem licznika. Trzeci – wprowadzić nowe założenia i wypróbować jakieś inne wyzwanie, pozostając nadal w tej tematyce. Na pierwsze nie widzę w tym momencie miejsca w moim życiu. Drugie wydaje się nieco… nudne? I mało skuteczne.
Projekt Umiar na 2026
1 – Pozbyć się co najmniej 26 rzeczy* (i zrobić to odpowiedzialnie**)
2 – Kupić maksymalnie 26 rzeczy* (w tym przynajmniej połowę z drugiej ręki)
3 – Stawiać na doświadczenia większe i mniejsze, i rok zakończyć z listą co najmniej 26 fajnych rzeczy, jakie zrobiłam
* Pod uwagę biorę zakupy przedmiotów niezużywalnych dla siebie, czyli: ubrania, buty, dodatki, biżuteria, papierowe książki, elektronika i inne dobra materialne. Nie wliczam tu kosmetyków czy artykułów papierniczych, bo tu z nadmiarem nie mam problemu i zużywam na bieżąco. Przedmioty do użytku wspólnego, np. akcesoria kuchenne czy inne dodatki do domu, uzgodnione z Nim, również się nie łapią.
** Czyli tylko śmieci do śmieci, a reszta: do sprzedania lub oddania komuś potrzebującemu.
Postaram się co jakiś czas wrzucać zestawienia zdjęć przed/po. Czuję, że to jest potrzebne. W internecie najlepiej przecież klikają się skrajności: albo dom hoardera, który musi szuflą do śniegu torować sobie drogę do lodówki, czy odbierającej kilkanaście paczek tygodniowo popularnej influencerki, albo puste wnętrze u totalnego minimalisty z dwiema parami butów i jednym sweterkiem. Dlatego czasem trudno jest jakoś umiejscowić siebie na skali „mało/dużo”. I stwierdzić, ile to „normalnie”.
Odpowiadając na pytanie ze wstępu: nauczyłam się, że uważność na siebie i swoje otoczenie pozwala mi dokonywać właściwych wyborów – a utrata tej uważności sprawia, że zbaczam z wcześniej wytyczonej ścieżki. I że najlepiej się czuję, kiedy udaje mi się skupić na ludziach i doświadczeniach, a nie na przedmiotach.
Nie cofnęłam się na tej drodze. Raczej zrobiłam kilka kroków w głąb, bliżej swoich potrzeb i granic. To może małe sukcesy, ale przecież z nich składa się codzienny dobrostan.
Zdjęcie tytułowe: Maria Baranova | Unsplash

Reply