Z kilkudniowym zaledwie poślizgiem wrzucam podsumowanie stycznia. Mam wrażenie, że dopiero co były święta – czy tylko mnie tak zleciał ten miesiąc?
Marsz zamiast sprintu
Staram się nie poddawać tzw. kulturze zapierdolu i znajdować równowagę między pracą zawodową, życiem rodzinnym i towarzyskim a dbaniem o swój odpoczynek. Jestem introwertyczką, więc planując spotkania z ludźmi, zawsze dokładam do tego taką samą porcję czasu w samotności. Wiem, że niektórym introwertykom łatwiej jest po prostu minimalizować kontakty społeczne. U mnie lepiej sprawdza się balans, o czym przekonałam się w pandemii. Potrzebuję znajomych i wyjść z domu, tylko w odpowiednich „dawkach”. Kiedy tych atrakcji jest więcej, w kalendarzu robi się gęsto, i ja to odczuwam tak samo, jakbym robiła mnóstwo nadgodzin. Luty będzie spokojniejszy!
Kiedy karma wraca, czyli minimalistka na balu
Od lat piszę na blogu o świadomych zakupach, o pragmatycznym podejściu do ubrań, o próbach doprowadzenia do sytuacji, w której przez 80% czasu noszę znacznie więcej niż 20% zawartości szafy. Stopniowo pozbyłam się wszystkich butów na obcasach czy bardziej eleganckich kiecek. Żartowałam przy tym, że przecież nie dostaję zaproszeń na bale u ambasadora. Karma wróciła jak bumerang i ugryzła mnie w minimalistyczny zadek: w grudniu dostałam zaproszenie. Na galę. Do ambasady. Tak, ambasador też miał być.
Pierwszy zakup tego roku
W pierwszej chwili z lekka spanikowałam. Nic nie wyglądało na wystarczająco odświętne. Zaproszenie co prawda precyzowało, że wystarczy mi strój koktajlowy, nie wieczorowa suknia z trenem – tylko co z tego, skoro nie miałam ani tego, ani tego? Po przejrzeniu szafy stwierdziłam, że albo pójdę w czerwonej sukience z Risk Made in Warsaw (która nie wydawała mi się odpowiednia ani na tę okazję, ani na tę porę roku), albo kupię coś prostego i bardziej „zimowego”, co będę mogła założyć jeszcze później. Padło na „małą granatową” z drugiej ręki i to był mój pierwszy zakup tego roku. Kolejnym była kopertówka, nowa, bo chciałam mieć pewność, że w razie problemów będę mogła ją zwrócić. Za to uniknęłam zakupu butów „na raz” i poszłam w już posiadanych czerwonych balerinkach.
Srebro na sylwestra
Zdecydowałam się wybrać na imprezę, będącą „spóźnionym sylwestrem”, organizowaną przez Magdę z instagrama Bzdurnie dla angielskiej społeczności Polek. Dress code żądał srebra, upolowałam więc długą satynową spódnicę w szarosrebrnym odcieniu oraz pasujący do niej top, obie rzeczy z drugiej ręki. Z topem się raczej pożegnam, nie jest w moim stylu, natomiast spódnica na pewno ze mną zostanie. Wygląda świetnie z bluzą albo grubym swetrem. A do tego skład sprawia, że zupełnie się nie gniecie, czyli znacznie lepiej niż Riskowa wiskoza nadaje się do zapakowania do walizki.
Niemy krzyk wyprzedaży
Noworoczne promocje bombardowały mnie intensywnie, ale udało mi się nie dać namówić na żadne zbędne zakupy. Zamówiłam tylko kilka rzeczy dla Ono (buty dziecięce kupione w pełnej cenie potrafią zrujnować budżet – kto wie, ten wie, z tego miejsca pozdrawiam matki bliźniąt, trzymajcie się tam). Na unikanie impulsywnych zakupów dla siebie mam swoje sposoby, to nie moje pierwsze rodeo.
1 – mniejsza ekspozycja
Świadomie ograniczyłam mój czas na Instagramie (limit w telefonie) i wycieczki po stacjonarnych sklepach bez wyraźnej potrzeby. Nawet nie wiem, jakie są teraz viralowe bluzki, buty czy błyszczyki. Co z oczu, to z serca.
2 – zakupowe wtorki
Jeśli coś mi się spodoba, nigdy nie kupuję od razu. Zapisuję i wracam do tematu dopiero w najbliższy wtorek. Często albo całkiem zapominam wrócić, albo patrzę na zapisane i zastanawiam się, co mi się w tym podobało.
3 – czystki w apkach
W przeglądarce na laptopie zainstalowałam wtyczkę, która zapewnia mi cashback w sieciówkach, do których najczęściej zaglądam. Żeby jeszcze bardziej zniechęcić się do kupowania jednym klikiem, w telefonie zostawiłam tylko „gołe” aplikacje – bez danych karty. Mogę przeglądać ofertę sklepu i dodawać do ulubionych czy do koszyka, ale sfinalizowanie zakupu wymaga wstania z kanapy. Dwa razy się wtedy zastanowię, czy mi się chce (zazwyczaj nie).
Porządki bez sentymentów
Zrobiłam w styczniu porządek w szafce na buty i okazało się, że tutaj zasada Pareto hula w najlepsze. Na 5 par butów na obecny sezon, chodzę na okrągło w jednej, chyba że jedziemy na łódkę, to wtedy zakładam drugą. Poukładanie tego pozwoli mi korzystać z obuwia w nieco bardziej zrównoważony sposób. Odłożyłam też do oddania nienoszone czółenka (nie chodzę na obcasach, nawet niedużych) oraz wysokie kalosze, kupione w 2012 – mam drugą parę niższych, które są dużo praktyczniejsze, bo można je założyć także do spodni.
Palety z dna szuflady
W styczniu zrobiłam porządek w kosmetykach. Staram się trzymać rękę na pulsie co do zawartości łazienkowej półki czy toaletki. Chociaż testowanie produktów nie należy do moich obowiązków, praca dla marki kosmetycznej mogłaby stać się wygodną wymówką dla nadmiaru szamponów czy odżywek. Jednak aż za dobrze pamiętam czas, kiedy wręcz kompulsywnie kupowałam kosmetyki (szczególnie balsamy do ciała). Nie chcę ponownie nawet zbliżyć się do tego punktu i dlatego bardzo pilnuję zasady one in, one out.
Naturalne dla człowieka pragnienie nowości zaspokajam inaczej: nie zakupami, a podejściem frugalistycznym do już posiadanych rzeczy. Odkryłam na przykład świetny kanał makijażowy z filmami instruktażowymi dla kobiet 40+ i wreszcie zrobiłam użytek z moich kilku zapomnianych palet cieni. (Czy te produkty kiedykolwiek da się zużyć?!)
Oprócz wspomnianych imprez, w styczniu zaliczyłam także:
- kąpiel w dźwiękach – rodzaj medytacji przy akompaniamencie gongów, dzwoneczków, bębnów czy śpiewu na żywo
- wystawę malarstwa Constable’a i Turnera w Tate Britain
- spektakl „Ballet Shoes” w National Theatre
- spektakl o kosmosie w szkole (może to nie brzmi zbyt zachęcająco, ale było naprawdę dopracowane)
- spóźnione świętowanie 40 kolegi
- wizytę na lodowisku – prezent urodzinowy dla córki koleżanki, dzieci bawiły się świetnie, a rodzice mają o jeden szpej mniej w domu, więc win-win
- wizytę w Maths World – pierwszą i nie ostatnią, bo bilet wstępu ważny jest przez rok
- kolację z okazji Burns Night – szkocki posiłek w pubie, podawany z okazji rocznicy urodzin poety Roberta Burnsa – ktoś powinien wymyślić coś analogicznego np. z litewską kuchnią dla Mickiewicza!
Bilans to 4 nowe rzeczy, 6 oddanych do sklepu charytatywnego lub wystawionych na sprzedaż, oraz 9 „przeżyć”. Czuję się dobrze z tym wynikiem, szczególnie z udanym lawirowaniem wśród pułapek wyprzedaży. Z nową energią wchodzę w luty – pewnie będzie trochę spokojniej!
Zdjęcie tytułowe: Birger Strahl | Unsplash

Reply