365 dni w spódnicy. Rozważań o stylu część pierwsza

Zmiany są jak domino: jedna pociąga za sobą drugą. I kiedy z dziewczyny w rozmiarze M zmieniasz się w fokę w rozmiarze milion, a następnie stajesz się na pół roku chodzącą całodobową mleczarnią, to po prostu MUSI pociągnąć za sobą zmiany w szafie.

O moim podejściu do ubrań w ciąży będę jeszcze pisać. Na razie jednak garść przemyśleń na temat kiecek, które od lat stanowią dominujący element mojej garderoby. Nie zawsze tak było.


Ubranie to ukrywanie

Taką zasadę wyznawałam jako nastolatka. W tym okresie byłam ze swoim ciałem w wyjątkowo wrogich stosunkach. Ubrań używałam jak kamuflażu, do zakrycia tego, co mi się w moim wyglądzie nie podobało. A że nie podobało mi się właściwie nic, to nosiłam luźne bluzy Fruit of the Loom i workowate spódnice do kostek, żeby czasem nikt nie zauważył, jakie obrzydliwie grube mam nogi.


Pierwsze przebłyski

Akceptacja siebie i pokochanie tego, jak wyglądam, zajęły mi długie lata. Ale przed studniówką uwierzyłam wreszcie, że moje nogi nadają się do pokazywania. Założyłam krótką sukienkę, jako jedna z trzech dziewczyn z całej szkoły. Oczywiście, sukienka miała krój worka (bo mam wielki tyłek i mały biust, i brak talii, i w ogóle wszystko nie tak), a rajstopy były czarne i kryjące (wyszczuplają!), ale można powiedzieć, że to był krok w dobrą stronę.


Eksperymenty studenckie

Podczas studiów dużo eksperymentowałam ze strojem. Mój budżet nie powalał, więc weszłam wtedy w posiadanie mnóstwa naprawdę dziwnych „samotnych wysp” (to takie ubrania, które same w sobie są tak nietypowe, co sprawia, że trudno je z czymkolwiek zestawić). Nadal niezbyt lubiłam się z moją sylwetką. Zwykle wybierałam kroje, które jej nie służyły. Ubierałam się wtedy dość oryginalnie, wręcz dziwacznie, często tak, jakbym kompletnie nie miała lustra.


Powolne dojrzewanie

Zauważyłam, że im bardziej sama jestem świadoma tego, kim jestem i jak chcę być postrzegana, tym klarowniej wyłania się z tego mój styl. Potrzebowałam czasu, żeby dorosnąć, poukładać się wewnętrznie, znaleźć w sobie akceptację dla moich kształtów i zdobyć wiedzę, która pozwoli mi to wszystko przełożyć na zawartość mojej szafy. W planowaniu wymarzonej garderoby pomogły mi bardzo ćwiczenia z książki Joasi Glogazy „Slow Fashion. Modowa rewolucja”, lektury minimalistów, blog „Ubieraj się klasycznie” i „Elementarz stylu” Kasi Tusk. Czytanie pozwoliło mi uporządkować wszystkie przemyślenia i wnioski w temacie stylu.


Spodnie w mniejszości

To się działo stopniowo. Od pasa w dół przypominam Jennifer Lopez, więc nigdy nie lubiłam kupować spodni. Znacznie łatwiej było mi wdziać kieckę i udać się do kasy, co też stało się moją stałą praktyką. Jakieś 3 lata temu osiągnęłam stan 2 par spodni na sezon. Liczba jest raczej stała, zmieniają się tylko proporcje liczby sukienek (czytaj: jest ich coraz więcej). Kiedy zakładam dżinsy do pracy, wszyscy się dziwią, co też się mogło stać.


Rok w kiecce

Niedawno Klaudia zaprosiła mnie do udziału w swoim projekcie „365 dni w spódnicy”. Ochoczo podchwyciłam ten pomysł. To była rama, której potrzebowałam, by zrobić kolejny krok w definiowaniu mojego stylu. Robienie sobie codziennych zdjęć zachęca mnie do eksperymentów z fasonami i wzorami, świeżego spojrzenia na moją szafę. W pierwszym miesiącu trwania projektu wróciłam do rozkloszowanych spódnic, które uwielbiałam wiele lat temu i oswoiłam dwa swetry, których nie umiałam z niczym sensownie zestawić.


#KieckiOlgi

To mój unikalny hashtag, którym oznaczam każde zdjęcie na facebookowej grupie projektu. Przede mną jeszcze 11 miesięcy życia w sukienkach i spódnicach. Mam nadzieję, że ta rama, w którą wzięłam moje stroje, pomoże mi zdefiniować mój codzienny uniform. Wyobrażam sobie, że wtedy już będzie z górki!


Bo w tej całej rozkminie nad ciuchami chodzi o to, żeby przestać się nimi przejmować. Wtedy można ze spokojem, płynącym z pewności, że wygląda się okej, zająć się innymi, ważniejszymi sprawami.

To co, dziewczyny? Wskakujemy w kiecki?

By

Posted in

12 odpowiedzi

  1. Awatar Katia Woytovitch
    Katia Woytovitch

    Ostatnio schudlam i wrocilam do figury z początku studiów – i pokochalam spodnie! A bylam wielka fanka sukienek, moze pamietasz. Z lubością noszę rurki, modne bluzki z sieciowek dla nastolatek – bo pasuja 🙂 i nie myślę o byciu stylowa. Pierwszy raz w zyciu interesuja mnie trendy i jest to bardzo nowe doświadczenie.

    1. Pewnie, że pamiętam 🙂 Ja teraz troszkę tęsknię za spodniami, ale po okresie macierzyńskiego, który przechodziłam w legginsach, z przyjemnością wskoczyłam w dawno nienoszone sukienki 🙂

      Jak myślisz, czy bycie modną wyklucza bycie stylową? Mnie się to nie kłóci 🙂

  2. Jakbym czytała o sobie… Też miałam długi czas w życiu, w którym nosiłam tylko bezkształtne wory. Jak dobrze, że te czasy już za nami!

    1. Wiele z nas ma taki etap w życiu, kiedy siebie nie cierpi. Może na tym właśnie polega okres dojrzewania? Też się cieszę, że z tego wyrosłam, patrzę na ten czas jak na prawdziwe mroczne wieki 😉

  3. Awatar Aleksandra Falkowska
    Aleksandra Falkowska

    Uwielbiam kiecki – wkładasz jedną rzecz nie martwiąc się, czy góra pasuje do dołu i jeszcze usłyszysz komentarze typu „O, jaka dziś jesteś elegancka, w sukience!!!” 😉
    Niemniej jednak takie „wyzwania” i „postanowienia” to nie dla mnie. Ja tam lubię dobierać ciuchy do mojej fantazji danego dnia, a nie zakładać z góry, że np.cały rok spodni nie założę, nawet jeśli będę miała akurat wielką ochotę je założyć.
    A co do stylu – doceniam konsekwencję takich blogerek jak np. Joanna Glogaza, ale jej zestawy ubrań wydają mi się takie… smutne…
    Moi ideałem stylu jest moda afrykańska albo bollywood – soczyste kolory i zaskakujące wzory! 🙂

    1. Tak, sukienka to najszybsze ubranie na świecie 🙂 W zimie trzeba jeszcze przemyśleć kwestię rajstop (dążę do tego, żeby mieć same czarne kryjące, wtedy problem zniknie, ale na razie mam jeszcze kilka par całkiem dobrych kolorowych i we wzorki).

      Rozumiem, że nie każdemu może podejść ten projekt 🙂 Ja akurat zauważyłam, że pewne ograniczenia wyzwalają moją kreatywność – tak było w ciąży i podczas macierzyńskiego, kiedy siłą rzeczy musiałam kombinować z tym, co miałam, i dostosowywać to do szybko rosnących wymagań 😉 Teraz też tak jest. Mam trochę ubrań, w których się zakochuję na nowo dzięki zestawieniu ich w sposób, o którym wcześniej nie pomyślałam.

      Następny wpis z tej serii będzie o stylu, bo mam wrażenie, że to, jak rozumiem to pojęcie, wymaga zdefiniowania. Czy ten zestaw ze zdjęcia we wpisie jest smutny? Może tak, w porównaniu z bajecznie kolorowym sari, ale czuję się w nim sobą i idealnie pasuje do letniego spaceru po Regent’s Park, czego o sari powiedzieć nie można 😉

      1. Myślę, że Macademian Girl to będą Twoje klimaty 😉

        1. Awatar Aleksandra Falkowska
          Aleksandra Falkowska

          Regennt’s Park w Londynie? W Londynie sari pasuje jak najbardziej!!! 😉
          A bardziej serio – ja też w sari nie śmigam, ani turbanów kolorowych na głowie nie wiążę, ale staram się przemycić do codziennego stroju jak najwięcej wzorów, kolorów. Koleżanki czasem żartobliwie nazywają mój styl „stonowana elegancja”, oczywiście w duuuuużym cudzysłowie. 😉
          Macademian Girl – tak, ten rodzaj „stonowanej elegancji” do mnie przemawia. 😀
          A co do Twojego stroju na zdjęciu – kolor kiecki fajnie kontrastuje z rudością włosów. 🙂 Ja bym pewnie dołożyła pomarańczowe korale na szyli, torebkę w pomarańczowo-różowo-żółte wzory i np.żółte sandały. 🙂

          Inna sprawa, że ja chyba nie jestem adresatem minimalistycznych porad z blogów typu Styledigger, bo nigdy nie przesadzałam z nadmiernym kupowaniem, dość łatwo pozbywam się rzeczy, których nie noszę i ogólnie mam raczej skłonności do bycia zbyt oszczędną, a nie zbyt rozrzutną w czasie zakupów. Lubię mieć to, czego używam, a nie mieć, żeby mieć.

          1. Ja też uwielbiam kolory 🙂 Minimalizm to nie dla mnie! Ostatnio oswajałam czarno-białą sukienkę (co też mi do głowy przyszło, że ją kupiłam!) i z trudem udało mi się sprawić, żebym czuła się w niej jak ja.

            Ale mój styl wciąż się zmienia. Wraz z tym, jak zmieniam się ja 🙂 Na studiach nosiłam zielone glany, kolorowe rajstopy we wzory, a do tego cygańskie spódnice, bluzki z India Shopu i obowiązkowo tonę sztucznej biżuterii 🙂 Od tego czasu zmieniło się wszystko: mój budżet, tryb życia, podejście do zakupów. Zazdroszczę osobom takim jak Ty, które nigdy nie miały problemu z nadmiarem. Nie tylko ubrań 🙂

            Styledigger w moim odczuciu nie propaguje minimalizmu, tylko racjonalizm. Bo nie chodzi o to, żeby mieć mało dla zasady, tylko żeby mieć odpowiednio 🙂

          2. Awatar Aleksandra Falkowska
            Aleksandra Falkowska

            Opis Twojego wyglądu z czasów studiów brzmi jakbyś opisała mnie z czasów moich studiów! 😀 Ale już wtedy nie miałam problemu z gromadzeniem nadmiernej ilości rzeczy, choć zakupy robiłam głównie w sklepach indyjskich i lumpeksach. 😉
            I tak chyba najważniejsze to dobrze czuć się w swoich ciuchach i swojej skórze-to widać!:-)
            A Styledigger może faktycznie kieruje porady raczej do dziewczyn, które kupują bez opamiętania bo promocja, bo okazja, bo to takie modne, nie patrząc z czym będą co zestawiać i czasem nawet zapiminając, że coś kupiły. Dlatego rozumiem, że przegina w drugą stronę… (Rada na temat czerni jako jedynego koloru butów i rajtek -masakra jak dla mnie… ;-)))

  4. ja pamiętam, że w liceum chodzenie w spódnicy to było w ogóle na równi z przyjściem do szkoły w kreacji weselnej ;)dopiero na studiach wpadłam na to, że można w spódnicy chodzić na co dzień i też przeszłam przez etap, że dziwny był widok Basi w spodniach 🙂 (plus mam ładne nogi i ogólnie dobrą figurę do kiecek)
    macierzyński w legginsach, dlatego się cieszę na powrót do pracy.
    na cały rok w sukience już się nie zdecyduje, gdzieś po wielkiej fazie spódnicowej doceniam spodnie, ale uważam, że takie akcje bardzo fajnie kształtują nasze spojrzenie na wybory ubraniowe i na pewno są kamieniem milowym w poszukiwaniu stylu 🙂 powodzenia!

    1. U mnie w liceum było podobnie 🙂 Ale uparcie łamałam te schematy, chociaż zwykle umawiałyśmy się na spódnicę z przyjaciółką, żeby było nam raźniej 😉

      Na razie minął miesiąc i jest fajnie 🙂 Wczoraj włożyłam spodnie, jak wychodziłam wieczorem, i czułam się… zaskakująco 😉

Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

osiemnaście + sześć =