Nasz dom pływa! Czyli o rejsie barką

To jest blog o naszej codzienności, ale tym razem będzie trochę niecodziennie: o tym, jak wszyscy troje wyjechaliśmy z Londynu, żeby zamieszkać na barce.

Pierwsza fala

Barki mieszkalne widzieliśmy już wielokrotnie: na londyńskim Regent’s Canal czy w Limehouse, ale i podczas zeszłorocznej wizyty w Amsterdamie. Niewykluczone, że rzuciły nam się w oczy także w Berlinie czy Paryżu. Dotąd traktowaliśmy je jako malowniczy element miejskiego krajobrazu. Toteż kiedy On – miłośnik wygodnego łóżka, bezkompromisowo żądający własnej łazienki na każdym wyjeździe – rzucił, że może byśmy wynajęli na parę dni taki pływający dom… Myślałam, że żartuje.


Przy dobrych wiatrach

Jak się okazało, to ja żyłam w błędzie, kojarząc barki mieszkalne jedynie z ciasnotą, prowizorką i spartańskimi warunkami. Barka, którą wynajęliśmy na czas Wielkanocy, miała wszelkie potrzebne naszej trójce wygody: łazienkę z prysznicem i zwyczajnym porcelanowym sedesem, pełnowymiarowe łóżko z miękkim materacem, kuchnię – choć kompaktową, to wyposażoną we wszystkie potrzebne sprzęty. Mimo że moje osobiste standardy higieniczne są raczej wysokie, to nie brzydziłam się dotknąć żadnej z powierzchni. I dobrze, bo na niespełna 25 metrach okazjonalne ocieranie się o ściany czy meble było raczej nieuniknione.


Cumy rzuć!

Jak się okazuje, żeby w Wielkiej Brytanii wynająć barkę, wystarczy wypełnić odpowiedni formularz i zapłacić za wypożyczenie – nie były potrzebne żadne kursy ani uprawnienia. Może się to wydawać dziwne, ale tylko jeśli nie wiesz, że taka jednostka pływająca porusza się z prędkością około 6-7 kilometrów na godzinę, a na kanałach nie ma prądów, fal ani pływów. Trzeba się mocno postarać, żeby spowodować niebezpieczną sytuację!


Oczywiście, mieliśmy szkolenie, i to zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. Pokazali nam, gdzie co jest i jak działa. Później instruktor z firmy wynajmującej (korzystaliśmy z Wyvern Shipping) przepłynął z nami kawałek, nawet przeprowadził przez pierwszą śluzę, po czym zszedł na ląd. A my wyruszyliśmy w nasz kilkudniowy rejs, którego trasę On zaplanował, posiłkując się kupioną wcześniej mapą brytyjskich kanałów.

Zacumowana barka. Zdjęcie: Samuel Conor | Unsplash

Na głęboką wodę

Spokojnie, to sformułowanie jest czystą przenośnią, bo kanał, którym płynęliśmy, ma w najgłębszym miejscu dokładnie tyle, ile ja mam wzrostu. I nie, nikt nie wpadł do wody! Ale pierwszego dnia czekały nas niezapomniane wrażenia: najpierw zerwał się mocny wiatr, co przeczekaliśmy, cumując naszą kilkunastotonową barkę przy brzegu. Później lunął deszcz, który przyniósł spektakularną tęczę. A na koniec On oznajmił, że śluza przed nami. I to nie byle jaka, bo… potrójna, czyli ciąg trzech śluz jedna po drugiej.


Krótka historia śluz

Kanały na Wyspach Brytyjskich zaczęli budować jeszcze starożytni Rzymianie, jednak najwięcej wykopano w czasach rewolucji przemysłowej, żeby usprawnić transport towarów. Wtedy barki holowane były przez konie, które szły po ścieżce wzdłuż kanału – tzw. towpath. Różnice w wysokości terenu sprawiły, że w wielu miejscach pojawiła się konieczność zbudowania śluz, bo barka z wodospadu raczej nie spłynie w jednym kawałku, a pokonując jaz, może po prostu zatonąć – i co wtedy z towarem, który był na pokładzie? Koni już się nie wykorzystuje, zamiast tego są silniki, dieslowe lub coraz popularniejsze elektryczne. Za to śluzy są nadal w wielu przypadkach stare, XIX-wieczne, całkowicie mechaniczne, i obsługuje się je ręcznie. Taka przykanałowa siłownia, gdyby się komuś nudziło siedzenie pod pokładem.


Powtórka z fizyki

Jeśli nie pamiętasz tego ze szkoły (lub wyparłaś, jako wiedzę bezużyteczną), to śluza służy do tego, żeby dało się płynąć, mimo że woda przed nami jest na innym poziomie niż ten, na którym się znajdujemy. W tym celu otwiera się wrota wejściowe do śluzy i wpływa do komory – niewielkiego baseniku, w którym można zmieniać poziom wody, podnosząc zapadki we wrotach. Kiedy woda się wyrówna do docelowego poziomu (wypełni komorę lub z niej wypłynie), wystarczy otworzyć wrota wyjściowe i można płynąć dalej. Brzmi prosto i w zasadzie takie jest.

Śluza na kanale. Zdjęcie: Sophie Popplewell | Unsplash

Śluzy w Anglii zazwyczaj obsługuje załoga jednostki pływającej albo wolontariusze organizacji Canal River Trust, którzy w wolnym czasie pomagają barkowiczom. Optymalnie jest mieć do tego zadania minimum 2 dorosłych, żeby każdy pracował na jednym brzegu. Jednak my przez Three Locks przeprawialiśmy się sami, w dodatku świeżo po deszczu i świeżo po szkoleniu. Przez kilkadziesiąt minut mocowałam się z kołami zębatymi i podnosiłam zapadki. Balansowałam na krawędzi, przechodząc po mokrych wrotach na drugą stronę kanału. Posiniaczyłam sobie zadek, zapierając się o belki otwierające śluzę. Kompletnie przemoczyłam buty. Jednak było w tym coś satysfakcjonującego: własnymi rękami obsłużyłam dwustuletnią maszynerię!


Noc na wodzie

Wieczór zakończyliśmy, cumując do nabrzeża przy jakimś polu. Po prysznicu i kolacji zasunęliśmy zasłonki, zamknęliśmy drzwi na klucz, włączyliśmy ogrzewanie i poszliśmy spać – dokładnie tak samo, jak zrobilibyśmy we własnym domu. Z tą różnicą, że ten dom łagodnie bujał nas do snu, a o świcie obudziły nas ptaki. I nigdzie nie było piekarni, żeby wyskoczyć po świeży chleb, ale kto by tego żałował.

Marina dla barek. Zdjęcie: William Hook | Unsplash

Dieslostatkiem w piękny rejs

Płynęliśmy niespiesznie, co jakiś czas napotykając śluzę albo inną barkę. Na noc cumowaliśmy, a rano wypływaliśmy znowu. Raz przesuwaliśmy most (i żałowałam, że nie jestem Pudzianem). Widzieliśmy dwie tęcze, dużo czapli, zimorodka oraz pewną ilość jagniąt. Czyli raczej nudno, jednak po prawdzie, to właśnie tego oczekiwaliśmy, planując ten wyjazd: ciszy, spokoju, zieleni aż po horyzont. Nie zamieniłabym naszego życia w Londynie na nic innego, jednak czasem wieczorem piszczy mi w uszach i czuję się przestymulowana. Barkowanie było prawdziwym odpoczynkiem dla całej naszej trójki.


Wszystkie ręce na pokład

Bo oczywiście wzięliśmy ze sobą Ono, razem z plecakiem pełnym zajmowaczy: zeszytów z zadaniami, wyklejanek, kolorowanek. Kiedy pogoda pozwalała, to albo On siedział z dzieckiem na rufie, albo ja na dziobie. Jak nie pozwalała – wtedy pod pokładem było ciepło, przytulnie i bezpiecznie. Wypatrywaliśmy ptaków, karmiliśmy łabędzie i kaczki, gotowaliśmy w naszej minikuchni. A w wielkanocny poranek odwiedził nas zajączek, zostawiając mnóstwo czekoladowych jajeczek po barkowych zakamarkach (zakabarkach?). Egg hunt to jedyna tradycja, którą kultywujemy, więc nie mogło jej zabraknąć.


Zabarkowani

Przed tymi wakacjami miałam pewne wątpliwości – głównie dotyczące choroby lokomocyjnej Ono, ale też tego, czy damy radę ogarnąć obsługę tej całej maszynerii, sterowanie, cumowanie. Obawiałam się też o kwestie bezpieczeństwa… i o robale. Rzeczywistość okazała się dużo milsza niż moje podlane bujną wyobraźnią przypuszczenia. Po powrocie wiedzieliśmy już, że wpadliśmy po uszy. I że na jednym rejsie się nie skończy.

Relację z kwietniowego barkowania znajdziecie na moim Instagramie. Kolejne też będę tam wrzucać… I mam nadzieję, że będzie ich wiele. Ahoj!

By

Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziewiętnaście − 14 =