To nie będzie wpis o tym, że social media są złe — chociaż w pewnych aspektach są. Ani o tym, żebyś całkiem wylogowała się z internetu — chociaż czasem warto by było. To tekst, w którym opowiadam o powodach, dla których zdecydowałam się stopniowo wycofać z moich social mediów.
Korzystam z internetu ponad połowę mojego życia.
Nie zliczę, ile osób w ten sposób poznałam. Wiele z tych znajomości przetrwało lata, a jedna nawet przerodziła się w związek i małżeństwo. Gdyby nie internet, moja droga zawodowa też wyglądałaby zupełnie inaczej — pierwszą pracę dostałam dzięki temu, że pewna wirtualna znajomość przeniosła się na grunt realny, drugą i trzecią podobnie. Piszę to wszystko, jakżeby inaczej, w internecie. To oczywiste, że daleka jestem od tego, by odżegnywać się całkiem od tego przydatnego medium.
Konto na Facebooku założyłam w 2010, na Instagramie 3 lata później. Zawsze traktowałam bycie online jako rozrywkę czy miejsce, gdzie można spotkać ciekawych ludzi. Trochę edukowałam, normalizowałam, ale zawsze na małą skalę. Mimo że nigdy nie zarabiałam na moich kontach (te dosłownie kilka współprac, które przez lata przyjęłam, było barterowych), to jednak byłam w nich aktywnym twórcą i odbiorcą treści.
Co się zmieniło, że postanowiłam to drastycznie ograniczyć?
Pierwsze delikatne ukłucie poczułam, kiedy pewnego dnia w metrze zobaczyłam dziewczynę, którą dobrze znałam. Wiedziałam, jak ma na imię jej pies, czym układa włosy, jakie perfumy lubi najbardziej, gdzie była na wakacjach i że po ostatnich deszczach przeciekał jej sufit. Po chwili zastanowienia się, kiedy próbowałam sobie przypomnieć, gdzie myśmy właściwie rozmawiały (nie mam zbyt wielu okazji do poznawania młodych kobiet, chyba że mają niemowlaki) — w końcu mnie oświeciło. To była influencerka, którą obserwowałam. Miałam wrażenie, jakbyśmy były bliskimi koleżankami. Z kolei ona nie miała pojęcia o moim istnieniu.
To było przedziwne uczucie, przedziwne w nieprzyjemny, wręcz nieco straszny sposób. Szczególnie kiedy pomyślałam, że ktoś mógłby czuć je wobec mnie. Czy mojego dziecka.
Druga sytuacja — rozmawiałam z koleżanką o jakiejś rzeczy, która nam się obu podobała. Po jakimś czasie ja tę rzecz kupiłam, a ona stwierdziła, że już przestało jej zależeć, bo ostatnio wszędzie ją widzi, wszyscy ją mają, wręcz „wyskakuje z lodówki”, i to odjęło jej uroku. Sama dobrze rozumiem takie myśli i niechęć bycia fashion victim nawet we własnych oczach. Ale dopytałam — okazało się, że wcale nie chodzi o to, że ten przedmiot widuje u ludzi spotkanych w swoim mieście, tylko że odkąd weszła na stronę sklepu, jest wręcz bombardowana reklamami, postami sponsorowanymi, współpracami od influencerów i ofertami kupna, ilekroć wejdzie do sieci, a szczególnie w social mediach.
Dopadła ją iluzja częstotliwości.
W psychologii istnieje tzw. fenomen Baader-Meinhof, czyli błąd poznawczy, polegający na tym, że kiedy zwrócisz na coś uwagę, później ciągle to widzisz. Inna jego nazwa to iluzja częstotliwości. Wytwarzamy sobie swego rodzaju filtr w mózgu, wychwytujący interesujące nas w danym momencie przedmioty (lub zjawiska czy pojęcia) i uznający, że skoro je zauważamy, to stały się popularniejsze. Co, oczywiście, nie jest prawdą. Social media to sprytnie wykorzystują. W tym przypadku, w połączeniu z rzeczywistym, kierowanym algorytmami wzrostem liczby treści oznaczonych odpowiednim hasztagiem, iluzja częstotliwości doprowadziła do poczucia przesytu. Moja koleżanka zniechęciła się do zakupu.
Ale częściej zdarza się, że każda taka treść buduje w nas FOMO i w końcu klikamy „kup teraz”. Trochę dla świętego spokoju.
Trzeci powód pojawił się w tygodniu przymusowego odwyku, jaki zaliczyłam w lecie, kiedy mój smartfon został odesłany do naprawy z powodu wadliwej baterii. Co prawda wychodziłam już bez telefonu, ale zawsze blisko domu, celowo i z konkretnym planem. Wtedy musiałam pojechać do centralnego Londynu. Ależ to było dziwne doświadczenie! Bez aplikacji zbiorkomowej, map Google czy elektronicznego portfela w pierwszej chwili poczułam się zagubiona. Ale przecież bywałam już w takich sytuacjach — na pierwszym roku studiów, kiedy zupełnie nie znałam Krakowa. Mapy Google wtedy jeszcze raczkowały, telefony służyły do dzwonienia, a mimo to odnajdywałam się, korzystając z punktów orientacyjnych, papierowej mapy, czy pomocy przechodniów.
Mózg szybko wskoczył na znane dawniej tory.
Zauważyłam wówczas, że jestem jedną z niewielu osób w zasięgu wzroku, które nie idą chodnikiem zgarbione, z wysuniętą do przodu głową i oczami utkwionymi w ekranie. Słowo daję, aż sobie wtedy usiadłam na ławce przy stacji metra Old Street i przez kwadrans obserwowałam przechodniów. To ruchliwa okolica, otoczona biurowcami, w pobliżu jest też duży specjalistyczny szpital okulistyczny, szkoły i dużo budynków mieszkalnych. Jedynymi osobami, które nie miały w rękach telefonów, byli rozdawacze ulotek, ochroniarze przy wejściu do sklepów, osoby z białymi laskami oraz kilkoro ludzi z ograniczeniami poruszania się, bo nie sposób iść o kulach czy z chodzikiem i patrzeć w ekran.
Kilkoro rowerzystów, którzy się trafili, też zerkało w smartfony, zamontowane na specjalnym uchwycie na kierownicy.
Wiedziałam dobrze, że gdyby nie wymuszony okolicznościami brak telefonu, sama byłabym jednym z tych zgarbionych zombiaków. Że właśnie tak wyglądałam jeszcze tydzień wcześniej, biegnąc na metro i nadrabiając pracę czy pisząc z koleżankami podczas jazdy autobusem: bezustannie ze wzrokiem w ekranie. Część z tych osób na pewno robi coś istotnego – nie zamierzam tu nikogo piętnować za sprawdzanie mapy, stanu konta, wiadomości ze szkoły, firmowej skrzynki czy powiadomień o wizycie lekarskiej. Pozostaje reszta: ta scrollująca nieskończone feedy. Co mnie nie dziwi, bo social media są jak wielki bufet typu all you can eat, tylko bez ograniczeń w postaci pojemności żołądka.
Dokładka dopaminy bez limitu, z porcją uzależnienia w gratisie.
Kiedy telefon wrócił do mnie po naprawie, byłam już po tygodniu korzystania z alternatyw. Trochę za mało, żeby zbudować nowe nawyki, ale wystarczająco, żeby dostrzec problem i mieć od czego zacząć, żeby go zmienić. Wtedy przyjrzałam się wbudowanej w Androida aplikacji mierzącej czas ekranowy i zliczającej, ile minut dziennie spędzałam w której apce. Wyniki — bez zdziwienia: komunikatory, Instagram, Facebook, aplikacje streamingowe. Łącznie średnio 9–10 godzin na dobę. Tak, dobrze czytasz.
Więcej czasu spędzałam „na telefonie” niż śpiąc.
Wyróżniłam to zdanie, bo uświadomienie sobie tego faktu było dla mnie jak kubeł zimnej wody. Oczywiście, część tego czasu spędzałam na pracy. Ale wcale nie 10 godzin dziennie, i przecież nie pracuję w weekendy. Dobrze wiedziałam, co mi „nabijało” te godziny: nie praca, tylko rozrywka. W dużej mierze toksyczna, nie bójmy się tego powiedzieć, bo o ile rozmowy z rodziną czy bliskimi stanowią część życia towarzyskiego, to scrollowanie krótkich filmików czy połykanie seriali całymi sezonami naraz ma nikłą wartość.
Tak po prawdzie, to robi więcej złego niż dobrego.
Cała sytuacja zbiegła się w czasie z momentem, kiedy Ono zmieniło szkołę — na taką, która duży nacisk kładzie m. in. na dobrostan cyfrowy uczniów. Oraz z lekturą „Wychowania przy ekranie” Magdaleny Bigaj. To były impulsy, które popchnęły mnie w stronę przemyślenia tego, jak chcę korzystać ze świata online i jaki przykład zamierzam dawać w tym względzie mojemu dorastającemu dziecku. Ono już potrafi mnie bezlitośnie skrytykować, jeśli tylko dostrzeże jakiekolwiek przejawy hipokryzji.
Mając sama na liczniku 10 godzin na telefonie, nie miałam zbyt wielu argumentów, żeby obronić 2-godzinny limit w aplikacji do kontroli rodzicielskiej.
Zaczęłam więc żmudną, trwającą parę miesięcy i pełną potknięć, drogę do poprawienia mojej relacji ze smartfonem. Dla siebie i nie tylko. Poniżej lista tego, co zrobiłam i co mi się sprawdziło. Jeśli chcesz wdrożyć jakieś zmiany u siebie, potraktuj ją, proszę, jako inspirację i dopasuj do swoich potrzeb, trybu życia i pracy.
- Limity na niektóre aplikacje — mogę zerknąć na Instagram, ale mam tam ograniczony czas, który w tygodniu wykorzystuję w pracy, nie na doomscrolling. 2x po 20 minut w weekend w zupełności wystarcza, żeby nadrobić wiadomości czy wrzucić krótkie story.
- Automatycznie włączające się tryby z ograniczeniami — np. praca/focus, relaks, weekend itd. Dostosowałam je sobie pod swoje potrzeby. Szczególnie skuteczne jest przełączenie ekranu na skalę szarości. Większość aplikacji wygląda wtedy mało atrakcyjnie.
- Brak social mediów bezpośrednio przed snem — póki tego nie zrobiłam, nie miałam świadomości, jak wieczorna sesyjka scrollowania zmniejsza jakość mojego snu, wpływając na puls i efektywność regeneracji.
- Włączenie czujnika „używanie telefonu, kiedy idziesz” — wiadomo, czasem trzeba, ale chcę robić to tylko w takich momentach, a nie „zombiakować”. Szczególnie że w Londynie to ryzykowny proceder.
- Odinstalowanie aplikacji streamingowych — nie mamy telewizora, więc puszczałam sobie seriale na telefonie i brałam go ze sobą wszędzie. Kuchnia, sypialnia, łazienka, toaleta. Zdecydowanie wolę obejrzeć sobie jeden odcinek na laptopie niż pochłonąć cały sezon w jeden dzień, patrząc na ekran jednym okiem.
- Odinstalowanie wszelkich nadprogramowych aplikacji — potraktowałam telefon utylitarnie i z aplikacji rozrywkowych zostawiłam Duolingo, gdzie odświeżam francuski. Jak mnie najdzie na sudoku, to mam takie na papierze.
- Oddzielenie pracy od prywaty — komunikację służbową przeniosłam do innej aplikacji niż ta, z której korzystam do rozmów z rodziną czy przyjaciółkami.
- Odobserwowanie kont „edukacyjnych” — zrobiłam to, kiedy zdałam sobie sprawę, że gros wiedzy o świecie czerpię z SM. A to zazwyczaj informacje powierzchowne, miks faktów z opiniami, z konieczności podlany kontrowersyjnym sosem „dla zasięgów”. Przestawiłam się na prasę online, książki oraz podcasty. Z internetu uczę się tylko takich rzeczy, jak makijaż czy gotowanie.
- Odobserwowanie kont z contentem opartych na zakupach — nie widzę dla siebie korzyści w oglądaniu tego, że ktoś sobie po raz trzeci w tym miesiącu kupił nowe „najlepsze” leginsy, lakier czy lafufu. Nawet jeśli zaoferuje mi zniżkę. I tak nie kupię.
- Zdjęcia tylko do albumu — kiedy przestałam tworzyć content i pilnować, żeby z każdego wydarzenia czy wyjścia mieć: foty na stories, foty na feed, foty na bloga i foty do rodzinnego albumu — spędzam mniej czasu robiąc zdjęcia. A te, które robię, są rzeczywiście fajne, a nie pięć tysięcy ujęć pleców męża i dziecka na różnym tle, lol.
- Odkładanie telefonu — jeśli telefon leżał pod ręką, to nawet przy wyłączonych powiadomieniach sięgałam po niego odruchowo. Zaczęłam też mówić sobie głośno przed wstaniem i sięgnięciem po telefon, po co to robię, np. „sprawdzam tę datę na Wikipedii”, „dzwonię do mamy”, „szukam dziecku baletek”, bo złapałam się na tym, że czasem sięgam w konkretnym celu, po czym rozpraszam się ikonkami nowych wiadomości i po paru minutach już nie pamiętam, co planowałam zrobić.
- Korzystanie z czytnika e-booków — staram się czytać więcej książek, a mniej internetów. Czytnik leży przy łóżku i nabrałam zwyczaju czytania przez 15-30 minut wcześnie rano, zanim reszta rodziny wstanie. Uwielbiam ten czas! Przy tej okazji poprawiła mi się znacznie umiejętność skupienia się na dłuższym tekście.
Jeśli dotarłaś do tego miejsca, to nie jest z Tobą tak źle.
Ten wpis jest już bardzo długi, a Ty dalej czytasz!
Są bowiem badania, wiążące skrócone okresy skupienia (attention span), rozproszenie poznawcze, poczucie rozedrgania emocjonalnego przez przestymulowanie dopaminą, fragmentację uwagi, z nadmiernym korzystaniem z social mediów — przede wszystkim z krótkich form wideo. Wyodrębniono nawet zjawisko nazwane PSMU — problematic social media use, które jest szczególnym zagrożeniem dla osób z już istniejącymi deficytami w powyższych dziedzinach.
Część tych niepokojących symptomów zaczęłam obserwować u siebie w czasie, kiedy dużo scrollowałam. Po prostu czułam, że głupieję.
Wcześniej nie miałam takich problemów — wcześniej, czyli w czasach, kiedy nie miałam smartfona. Zauważyłam także zwiększone trudności z formułowaniem dłuższych wypowiedzi pisemnych, zarówno po polsku, jak i po angielsku. Pisanie to moje narzędzie pracy, więc to trochę tak, jakby tancerka tańczyła tylko trzy figury, a przy całej wariacji się potykała i wywalała na twarz. Kiedy zmieniłam proporcje i „ładowałam” sobie mózg w głównej mierze dobrą publicystyką czy literaturą, to się znacząco poprawiło.
Dłuższe teksty są swoistym paliwem dla mojego mózgu, językowym odpowiednikiem zbilansowanej kanapki na chlebie pełnoziarnistym z porcją białka, zdrowych tłuszczów i świeżych warzyw.
Podobny efekt widzę u Ono, które z uwagi na spędzanie większości dnia wśród ludzi mówiących po angielsku, potrzebuje regularnych dostaw wartościowych treści jako „paliwa” do swoich wypowiedzi w języku ojczystym. Oczywiście nie ma jeszcze swoich kont na żadnym serwisie, czasem korzystamy wspólnie z naszych. Żeby była jasność, nie zmuszam dziecka do czytania kronik Kadłubka czy dzieł wieszczów zamiast oglądania śmiesznych kotków na YT. Po prostu jak mam coś puścić, to wolę, żeby był to audiobook dobrej książki niż młodociany jutuber strzelający brainrotami, od których nawet dorosły mózg więdnie, nie mówiąc o dziecięcym.
Mój proces odzwyczajania się od social mediów nadal trwa, a zaczął się przecież w zeszłym roku. Robię dużo małych kroczków.
Co chciałabym osiągnąć przez najbliższe miesiące, to średni czas na telefonie poniżej 3 godzin na dobę (obecnie mam 4-5 h) oraz całkowite niekorzystanie z telefonu przed snem, w kolejce, w zbiorkomie itd. Muszę też popracować nad odkładaniem telefonu, kiedy z kimś rozmawiam, bo podzielność uwagi to w takich wypadkach mit. Tak naprawdę ani nie jestem wtedy w pełni obecna przy rozmowie, ani online. Będę dawać znać, jak mi idzie.
Na koniec mam pytanie, które sobie zadałam jakiś czas temu: czy jesteś ciągle online, bo czujesz, że musisz, czy po prostu chcesz?
Ja moją odpowiedź już znam. Pora na Ciebie.
Zdjęcie tytułowe: Aleksandr Borotin | Unsplash

Reply