Z tym całym niekupowaniem nie chodzi tylko o to, żeby zmniejszyć stan posiadania. Chodzi też o to, żeby zrobić coś dla planety. Cokolwiek. Bo to więcej niż nic.

Jeszcze na poprzednim blogu, ponad 6 lat temu, pisałam o ograniczaniu produkcji śmieci w naszym skromnym gospodarstwie domowym. Wtedy jeszcze nie używało się określenia „zero waste”, choć zaistniało ono jeszcze w poprzednim wieku. Jak zwał, tak zwał. Istotne jest działanie, nie sama nazwa.


Hierarchia zero waste

Wyróżnia się 5 procesów, które pomagają być zero waste. Wdrożenie wszystkich w każdym aspekcie życia doprowadziłoby nas do rzeczywistego niegenerowania odpadów. Jednak w praktyce każdy robi to, co może. Ja też.


Zero waste z dzieckiem

Przez wspomniane 6 lat moje życie trochę się pozmieniało. Pojawienie się Ono mocno zachwiało naszą dotychczasową śmieciową równowagą. Ale ograniczanie odpadów jest możliwe także w rodzinie z dzieckiem. I zaraz o tym opowiem.

Odmawiam

Od lat wielu rzeczy po prostu nie kupuję. Na przykład wody w butelkach, bo pijemy kranówkę. Wszyscy troje. (Czy dziecko może pić wodę z kranu? Nie wiem, ale moje żyje.) Raz na jakiś czas dziecko dostaje soczek. Jeśli mogę, wybieram taki w szkle. Dzięki temu jedyne butelki PET, jakie wyrzucamy, to te po mleku. (Kupienie mleka w szkle w mojej okolicy wymaga tropienia, polowania i refleksu jak podczas łapania pcheł). Dużo czasu poświęcam też na czytanie składów – na przykład omijam wszelkie produkty z dodatkiem oleju palmowego, a to tłuszcz, który szaleje po regałach z żywnością dla dzieci. Ogólnie jak nie muszę, to nie wrzucam do koszyka.


Ograniczam

Unikam rzeczy jednorazowych lub takich, które starczają na krótko. Lody jemy w wafelku, musy owocowe (Ono je uwielbia!) kupuję w szkle i przekładam do wielorazowych tubek Zebra&Me, mokre chusteczki kupuję biodegradowalne (można je wrzucać do toalety). Jeśli muszę kupić coś z tworzywa (na przykład wodoodporny kombinezon lub kurtkę zimową, albo jakąś zabawkę), to w pierwszej kolejności sprawdzam rzeczy używane, a w drugiej wybieram takie przedmioty, które starczają na długo. Najlepszym przykładem jest tu fotelik samochodowy. Łupinkę 0-13 mieliśmy pożyczoną, kolejny musieliśmy kupić w dwóch egzemplarzach i jeden jest ze sklepu, a drugi od znajomych, oba w najszerszym możliwym zakresie wagowym (9-25 kg).[Są jeszcze takie 9-36 kg, ale przodem, a zależało nam na tym, żeby Ono jeździło tyłem]. Swoją drogą, uważam, że skoro producenci fotelików dają im datę ważności oraz odradzają kupno używanych, to powinni brać na klatę utylizację tej tony plastiku, styropianu i poliestru, kiedy już taki fotelik się zużyje. Tak jest z AGD czy z samochodami, to dlaczego nie z fotelikiem?


Wykorzystuję ponownie

Bardzo mało dzieciorzeczy po prostu wyrzucam. W tym roku z powodów etycznych przestałam kupować ubranka dziecięce w Pepco (po kilku praniach nadawały się wyłącznie do śmieci). Jeszcze mnie nie stać na made in Poland dla dzieci, ale dzięki surowej selekcji pod kątem jakości mogę przekazać ciuchy krewnym czy koleżankom. Moje ubrania noszę tak długo, jak tylko mogę, degradując te bardziej zniszczone do roli ciuchów do sprzątania. I nie biorę łyżeczek do lodów (Ono kocha lody!). Wytłumaczyłam dziecku, że od łyżeczek wyrzuconych do śmieci rybki chorują. Noszę jeden zestaw w torebce i już.


Recyklinguję i kompostuję

Jestem tak przyzwyczajona do segregowania odpadów, że aż mi dziwnie, kiedy muszę wrzucić puszkę do ogólnego kosza, bo innego nie ma.  I tego też uczę dziecko. Od niedawna mamy w bloku kosze na odpady BIO, co mnie bardzo cieszy. Nie musiałam kombinować z kompostownikiem na balkonie, czemu On, węchowy wrażliwiec, był bardzo przeciwny.


W stronę less waste

Dla mnie pierwszym krokiem na drodze do ograniczenia odpadów była eliminacja jednorazówek. Wciąż jestem w trakcie tego procesu, który chyba nigdy się nie kończy. Kolejną kwestią jest eliminacja surowców nienadających się lub trudnych do przetworzenia (np. styropian, tetrapaki, plastik, folia). W tym celu kupujemy na wagę albo wybieramy papierowe, metalowe lub szklane opakowania. W ostateczności stawiamy na wydajność, czyli szukamy czegoś, co starczy na jak najdłużej. Pracujemy też nad zużyciem papieru, korzystając z e-faktur, e-biletów, e-prasy, e-booków czy aplikacji do robienia list zakupów.


Nie kupuję tego

W całym zero waste (a raczej, jak ja to wolę nazywać, less waste) najtrudniejsze jest to, że cała idea stała się ostatnio modna. A wraz z modą przyszło zjawisko greenwashingu, czyli udawania, że dany produkt jest biodegradowalny (np. pieluszki, podczas gdy faktycznie jest, jednak w ściśle określonych warunkach, których nie sposób uzyskać w domowym kompostowniku) albo z tego „lepszego” surowca, czyli metalu lub szkła (jakiś czas temu wspominałam na Instagramie o kremach do rąk, opakowanych w plastik pomalowany na srebrno). Bambusowe ubranka i kocyki także wpisują się w ten nurt. Za piękną nazwą kryje się po prostu wiskoza. Rzeczywiście otrzymuje się ją z bambusa, co oszczędza lasy i środki chemiczne (bambus rośnie nawet do 1 metra na dobę!). Jednak nie jest ani biodegradowalna, ani przeciwgrzybicza i antybakteryjna, ani sama z siebie nie chroni przed promieniami UV.  Krótko mówiąc, droga do less waste najeżona jest mnóstwem pułapek, a ich unikanie wymaga czasu i wysiłku.


Kupione w lipcu

Spędziłam weekend w Poznaniu i tam kupiłam apaszkę (zapomniałam swojej z domu), parasol (takoż) oraz drobny prezent dla Ono (w myśl detoksu zabawkowego – był to kotek do kolekcji figurkowej). Poza tym zamówiłam etui na mojego Kindle’a, bo obecne wygląda jakbym je nocami obgryzała. Oraz metalową golarkę na żyletki, która jeszcze nie przyszła (trochę się jej boję). I to tyle. Pierwsze trzy rzeczy były bez opakowania, tylko z metkami z ceną, co także wpłynęło na moje decyzje zakupowe. Etui i golarka pewnie przyjdą opakowane w jakieś koperty bąbelkowe, ale takie rzeczy od lat magazynujemy i wykorzystujemy ponownie. Weszłam także w posiadanie wkładki do wózka, która normalnie jest upiornie droga, a którą znalazłam na poznańskim śmietniku. Zdobywszy, więc policzywszy, ale nie wydałam na to ani grosza, nie licząc kosztów prania.


Za mną ponad połowa roku bez zakupów. Zaczynam widzieć światełko w tunelu.

Oby to nie był pociąg…