To był jeden z tych dni, kiedy Ono postanowiło pokazać, jakim jest wyjątkiem.
Po kilku godzinach prób uspokojenia wyjątka – ja wyłam do wtóru.

Miałam nerwy napięte jak postronki. Od rana karmiłam, przewijałam, lulałam i śpiewałam specjalną kołysankę. Żeby upewnić się, że Ono na pewno nie ma w brzuchu bąbelka powietrza, który nie pozwala spać, klepałam je po plecach, jak blacharz Audi po niemieckim emerycie. Tymczasem Ono zupełnie nie doceniało tych wysiłków. Przysypiało w moich ramionach na kwadrans, po czym otwierało oczy i syrena zaczynała się od nowa.

Byłam wykończona i zaczynałam całkiem serio myśleć, że to macierzyństwo to chyba był kiepski pomysł.

Nie udało mi się ubrać, więc chodziłam w koszuli nocnej – szczęściem tej z Granatovo, która na tyle przypomina sukienkę, że nie wstyd mi było otwierać drzwi kurierowi o 2 po południu. Od rana oszukiwałam głód piciem soków, koktajli i mleka. Dom wyglądał jak pobojowisko, bo zwykle ogarniam go podczas drzemek wyjątka.

A wyjątko wciąż wyło, zamiast spać.

Miałam ochotę wyjść z domu i nie wracać. Wetknąć knebel w tę rozdziawioną od ryku mordkę albo zrobić coś równie brutalnego. Kiedy czułam, że jeszcze sekunda tego ryku, a naprawdę oszaleję, przypomniałam sobie ni stąd, ni z owąd fragment „Noelki”.

Jak myślisz, kto przeżywa negatywnie fakt, że deszcz pada – ty czy deszcz?
– Tomek Kowalik za Anthonym de Mello

Poczułam, jakby mnie ktoś oświecił. Kto przeżywał negatywnie ten „stan wyjątkowy”? Problem leżał we mnie i w moim podejściu, nie w tym rozwrzeszczanym stworzeniu, które właśnie zdzierało sobie płuca. Nie krzyczało przecież ze złośliwości ani po to, żeby doprowadzić mnie do szaleństwa. W jedyny sobie znany sposób próbowało mi przekazać, że potrzebuje mojej bliskości.

W końcu byłam dla Ono całym światem.

Westchęłam głęboko i spojrzałam na nie świeżym okiem, jak na człowieka, nie jak na kulę u nogi. Dopuściłam do głosu intuicję (wierzcie lub nie, ale coś takiego istnieje! Potwierdza to też moja mama, matka trojga). Sięgnęłam po chustę, w której Ono mogło być blisko mnie, a ja zachowywałam zdrowe zmysły i kręgosłup.

I minimalny poziom higieny (mycie zębów o 3 po południu? Tak, to niestety ja. Mam nadzieję, że moja dentystka tego nie czyta). Z nowymi pokładami cierpliwości tuliłam, lulałam, kołysałam i głaskałam. Aż Ono wreszcie usnęło.

Chyba wyczuło, jak mały sejsmograf, że nie ma już we mnie tyle napięcia, złości i zniecierpliwienia.

Cały świat mógł poczekać. Jeden dzień bez sprzątania nie sprawi, że zamieszkają u nas karaluchy, a moja skóra obejdzie się te parę godzin bez makijażu. Ono potrzebowało mnie tu i teraz, więc przegrupowałam sobie priorytety. O dziwo, okazało się, że to, co uznawałam za najważniejsze zadania mojego dnia, nie było wcale takie istotne.

Aha, i tamtego dnia nie ugotowałam obiadu. Po prostu rozmroziłam w mikrofalówce wegeklopsiki z Ikei.


Foto: Marysia | Maria Kędzierska Fotografia