Ponad 1000 słów o szafie kapsułkowej i czemu to u mnie nie chce działać.

Zazdrośnica

Ile mojemu szanownemu mężowi zajmuje poranne ubieranie się? Jakąś minutę. Otwiera szafę, wybiera spodnie, koszulę albo t-shirt, a następnie dorzuca do tego bieliznę i skarpetki. I już. Przez jakiś czas patrzyłam na to z zazdrością, grzebiąc po własnych wieszakach bez specjalnego przekonania i przebierając się co rano po kilka razy. Bo ta spódnica nie pasuje do bluzki, a ta bluzka dziwnie wygląda ze swetrem. W końcu mnie olśniło: przecież ja też tak mogę!


Slow Fashion i inne rewolucje

To olśnienie zbiegło się u mnie w czasie z lekturą bloga Asi Glogazy. Pamiętam ten wpis sprzed 5 lat. I to niemalże objawienie, że najłatwiej jest tworzyć sensowne zestawy z niewielkiej liczby ciuchów. Wtedy zaczęłam zmieniać swoją szafę. Wtedy też zrobiłam pierwszy 30-dniowy detoks ubraniowy, nosząc przez miesiąc tylko rzeczy, w których czułam się świetnie, i robiąc codziennie rano zdjęcie. (Zdjęcia warto później przejrzeć, najlepiej z kimś życzliwie-krytycznym, i wysnuć wnioski. Ja wtedy definitywnie zerwałam ze stylem boho oraz odrzuciłam na dobre kilka krojów i kolorów, które mi nie służyły – zresztą po latach okazało się, że samodiagnoza kolorystyczna i sylwetkowa mi się nie udały; nie jestem jesienią, tylko wiosną, i nie gruszką ani nawet kręglem, tylko dzwonem). Metamorfoza mojej garderoby zaczęła się więc jakieś 5 lat temu. I trwa do dziś.


 Trzy problemy mojej szafy

Teraz miewa się dużo lepiej, ale do ideału wciąż jej czegoś brakuje. Bo budowanie idealnej garderoby jest procesem wieloletnim. Takie ciągłe work in progress. Z trzech powodów.


 1. Zapasy

Wyobraź sobie spiżarnię, w której latami gromadziłaś przetwory. Masz dżemy truskawkowe, bigos w słoikach i całą półkę kompotu z mirabelek. Pewnego dnia stwierdzasz, że truskawki cię uczulają, bigos sprawia, że wyglądasz grubo, a kompotów przecież nie pijesz, bo wolisz wodę. Być może uda się podarować komuś ten dżem, ale bigosu żal, więc zjadasz go stopniowo, zapijając syropem na wzdęcia. Kompot rozcieńczasz. Dokładnie tak samo jest z ubraniami. Nie wszystkie Ci pasują, nie wszystkie są okej, ale skoro już są, to w nich chodzisz. W czymś musisz. Trudno pozbyć się zapasów nagromadzonych przez lata.


 2. Okoliczności

Jednym z pierwszych momentów, w którym byłam niemal w pełni zadowolona z mojej szafy i mojego stylu, było lato 2015. Pamiętam, z jaką radością pakowałam walizkę na 3 dni we Florencji: wszystko do siebie pasowało, a każdy ciuch należał do tych ukochanych. Serce rośnie! Rano, w dniu wyjazdu, zrobiłam test ciążowy, żeby bez wyrzutów sumienia móc pić włoskie wino. Ucieszyłam się bardzo, jednak te dwie kreski – choć takie wyczekane – po części przekreśliły moje dotychczasowe wysiłki garderobiane. Teraz mam niejako dwie szafy: jedna to ubrania „moje”, a druga to ciuchy „do dziecka”, które kupuję głównie z myślą „czy w tym się da karmić, biegać po placu zabaw i nosić wózek po schodach”. Te zbiory się zazębiają, ale tylko częściowo, choć staję na głowie, żeby móc to pogodzić.


 3. Pieniądze

Moja capsule wardrobe na jeden sezon (4 miesiące) składa się z około 30 sztuk odzieży. Plus buty, okrycia wierzchnie, dodatki. Lekko licząc, parę tysięcy złotych. (Tak, wiem, że są lumpeksy i tam jest tanio, ale trudno oczekiwać, że z marszu znalazłabym tam np. 8 ładnych sukienek w moim rozmiarze, o dobrym składzie oraz w odpowiednim kroju i stylu). Jestem więc zmuszona do kompletowania mojej „szczęśliwej szafy” krok po kroku. Jak większość zwyczajnych ludzi, nie mam funduszy na wielkie zakupy trzy razy do roku i wymienianie wtedy całej garderoby. Więc robię je stopniowo. A to wydłuża czas trwania całego procesu.


One in, one out

W utrzymaniu względnie niewielkiego stanu magazynowego pomocna okazała się metoda, w której zamiast dodawać elementy, zastępuję je. Mam te circa 30 elementów na sezon – nie jest to doskonała pula, która tworzy same idealne zestawy, ale coś nosić muszę. Te ubrania, które potrzebują lepszej wersji, wylatują, kiedy już tę wersję znajdę. Bo po co jeść wyrób czekoladopodobny, skoro właśnie kupiłam szwajcarską czekoladę?


Ilu ubrań potrzebuję

Według mnie, odgórnie narzucone listy czy limity ubraniowe nie mają sensu. Szafa jest jak dieta, trzeba ją dopasować do siebie, do trybu życia i przede wszystkim upodobań. Ja akurat lubię sukienki i to ich mam najwięcej w szafie, a nie noszę w ogóle szpilek czy ubrań uznawanych za typowo biurowe (garnitury, garsonki, żakiety). Dlatego nie dla mnie gotowe listy capsule wardrobe czy te wszystkie „ileś rzeczy, które musisz mieć w szafie”.


Moją prywatną listę układam w następujący sposób:

  1. Ile sezonowych kapsułek chcę mieć? Trzy.
  2. Ile razy w ciągu jednego sezonu chcę założyć jedną rzecz? Co najmniej trzy razy.
  3. Więc ile zestawów na jeden sezon potrzebuję? Około 40. (3 miesiące podzielić przez 3).
  4. Z jakich ubrań będę tworzyć te zestawy? Z sukienek, spódnic, bluzek i koszulek.
  5. Gdzie będę chodzić w tych ubraniach? Co będę w nich robić? Potrzebuję ubrań do pracy, do której dojeżdżam rowerem lub zbiorkomem, nadających się do karmienia piersią i biegania po placu zabaw.

Moja letnia garderoba: 10 sukienek, 5 spódnic, 1 para spodni, 7 bluzek/topów/koszulek = 42 zestawy. Zasadniczo reguła jest taka, że gór powinno być dwukrotnie więcej niż dołów, bo zazwyczaj bluzki są „na raz”, a spodnie czy spódnice można prać rzadziej. Jednak w moim przypadku, jeśli niosę utytłane w mokrym piachu dziecko, to zazwyczaj do pralki leci wszystko, co mam na sobie. W każdym razie, taką kapsułkę (wolę tłumaczenie „pigułka”) staram się utworzyć z tego, co już mam w szafie, a wszelkie nadwyżki – czyli ubrania niepasujące do wcześniejszych założeń lub np. trudne do zestawienia – czekają w worku próżniowym na lepsze czasy.


I już, szafa gra

Chciałabym, żeby to było takie proste… Wyżej to tylko teoria. W praktyce tworzenie capsule wardrobe napotyka na szereg mniejszych i większych trudności. Na przykład:

  • ostatnio większość moich ubrań kupuję w Lidlu, przy okazji zakupów spożywczych;
  • albo w Pepco, przy okazji zakupów dla dziecka;
  • okazało się, że mam 15 podobnych w kroju, krótkich sukienek letnich, a w żadnej nie da się karmić;
  • mam dwie wzorzyste spódnice, które uwielbiam, ale które nie pasują do wzorzystych gór;
  • a wzorzyste góry u mnie dominują, bo mam mały biust i wąskie ramiona, więc staram się optycznie powiększać te rejony;
  • wór moich ubrań czeka na wystawienie na Vinted, chętnie bym większość oddała za bezcen, a nie mam czasu zrobić zdjęć;
  • niektóre ukochane ciuchy zrobiły się za duże, ale obawiam się, że jeśli je zwężę, to wrócę do dawnej wagi i nadal nie będę mogła ich nosić;
  • dążenie do kupowania tylko idealnych ubrań kończy się czasem tym, że przez 11 lat nosisz ten sam czerwony trencz z H&M, bo nie umiesz mu znaleźć godnego zastępcy…

I tak dalej.


Poszukiwanie własnego stylu

Kiedyś myślałam, że będę stylowa w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jak tylko zapełnię swoją szafę masą ubrań, rzecz jasna stylowych. Lata mijały, garderoba puchła, a mój styl wciąż nie dawał się w żaden sposób określić. (Przez „określenie” swojego stylu rozumiem nie nadanie mu etykietki typu rockowy, minimal, boho, tylko wprowadzenie do strojów rysu indywidualizmu – czyli ubieranie się „jak ja”, a nie „jak każdy”). Dopiero po latach przypadkowych zakupów zrozumiałam, że to z niewielkiej liczby ubrań mam szansę stworzyć przemyślaną, spójną i bardzo moją, „olgową” całość. Odkąd zaczęłam romans z capsule wardrobe, czyli szafą w pigułce, zaczęłam słyszeć od innych opinie w rodzaju: „to jest bardzo w twoim stylu”.

Ale na ten temat może rozpiszę się innym razem.


Znacie ideę capsule wardrobe?
Próbowałyście? Lubicie?