Nieważne, czy idziesz na manifę, czy gotujesz mężowi obiad.
Czy lubisz dostawać kwiaty, czy bojkotujesz komunistyczne święto.
To, moja droga, naprawdę się nie liczy.

Nieważne nawet, czy masz męża. Ani czy umiesz gotować, a może wcale nie lubisz. Nieważne, czy masz dzieci, a jeśli masz, to czy nazwałaś je Brajan i Dżesika, czy może Staś i Helena.

Nieważne, jakie masz wykształcenie i czy pracujesz w zawodzie. Nawet jeśli uznajesz, że szlachta nie pracuje, to też nieważne. Nieważne, ile zarabiasz i dlaczego za mało.


Nieważne, na co wydajesz najwięcej pieniędzy.

Czy to są markowe torebki, błyszczyki, kryminały, karma dla kota, pampersy, a może sushi na telefon. Nieważne, ile odkładasz i czy masz do spłaty kredyt we frankach. Nieważne, czy mieszkasz we wnętrzu made by IKEA, czy ze starą meblościanką, a może designerską kanapą z palet i krzesłami Eamesów.

Czy jesteś matką, czy nie. Czy byłaś karmiona piersią i jak długo. Czy jesteś za szczepieniami, wyjściem z Unii, ekożywnością albo obniżeniem podatków. Czy nosisz długie włosy „jak prawdziwa kobieta”, czy może uznajesz, że kobiecość to coś więcej niż garść kłaków na głowie i brak kłaków na nogach.

Nieważne, co jesz na śniadanie: płatki, szampan, bezglutenową granolę z ekspandowanym amarantusem na syropie z agawy, kanapkę ze serem, a może parówki z Biedronki. Nieważne, czy i ile ćwiczysz, nawet jeśli Twoją jedyną aktywnością fizyczną jest podbieganie do autobusu.


Czy lubisz, jak mężczyzna otwiera przed Tobą drzwi.

Czy czujesz się feministką. Czy czujesz się dyskryminowana. Czy umiesz wnieść lodówkę na czwarte piętro. Czy chodzisz do kościoła, do którego i jak często. Do jakiego boga się modlisz. A może wcale.

Że wolisz psy od kotów, herbatę od kawy, szpilki od balerinek, spodnie od spódnic, samochód od roweru, mieszkanie od domu, góry od morza.

A może odwrotnie? Nieważne.


Nie tocz wojen o to, która racja jest twojsza.
B
ądź dumna z tego, że jesteś kobietą.

I celebruj to. Nie tylko dzisiaj.