40 tygodni. Tyle – według podręczników medycyny – wystarcza, żeby z niewidocznej gołym okiem zygoty powstał człowiek. Człowiek w rozmiarze XS, który po kolejnych 40 tygodniach zmienia się nie do poznania.

W ostatni piątek minęło dokładnie 280 dni od momentu, kiedy popatrzyłam po raz pierwszy w szaroniebieskie, lekko zapuchnięte oczka mojego dziecka. 9 miesięcy nocy przespanych po kawałku i poranków, które zaczynały się zawsze tak samo: od ucałowania gładkiego policzka i pogłaskania okrągłej główki, która tak dobrze pasuje do mojej dłoni.

Inaczej to sobie wyobrażałam.

A dokładniej: nie wyobrażałam sobie tego zupełnie. Bo niektóre rzeczy po prostu nie mieszczą się w głowie, póki ich nie przeżyjesz i nie doświadczysz. Zanim Ono pojawiło się na świecie, moją wiedzę o macierzyństwie mogłabym porównać do kilku kawałków puzzli. Trzymałam je w ręce i niby wiedziałam, że ten niebieski to woda, zielony to las, a biały – jakiś budynek, ale trudno mi było ułożyć sobie w głowie pełny obrazek.

Później nie było łatwiej.

Ten moment, kiedy mogłam wreszcie przytulić to stworzonko, które przez 9 miesięcy kokosiło się pod moim pępkiem, przypominał wysypanie tysiąca puzzli z pudełka bez etykiety. W ciemnym pokoju. I obrazkami do dołu. Potrzebowałam chwili, żeby włączyć światło, poodwracać wszystko i ogarnąć, czy układamy zdjęcie wodospadu Niagara, czy trzy białe gąski nad strumykiem, a może panoramę zamku Neuschwanstein.

I gdzie, do jasnej marszałkowskiej, są krawędzie?!

Ramy, jak to w puzzlach, ogarnęliśmy stosunkowo szybko, ale trochę nam zeszło ułożenie obrazka tak, żeby wiadomo było, gdzie jest góra, a gdzie dół. Przez lata tworzyliśmy z Nim prawdziwy dream team i pojawienie się trzeciego zawodnika trochę zachwiało równowagą w tej zgranej drużynie. Ale kiedy przyszło co do czego, Ono wpasowało się w nasz duet gładko i bez przeszkód, jak brakująca część w regale z Ikei. W naszym duecie musiała być chyba jakaś zupełnie niewidoczna dziura w kształcie onopodobnym! Obyło się bez radykalnego przemeblowania naszej rzeczywistości (chociaż musieliśmy trochę przemeblować mieszkanie).

„Za tydzień każda trudna rzecz będzie normalna”.

Tak powiedziała mi jedna z położnych w szpitalu, kiedy pod jej czujnym okiem, na żywym organizmie uczyłam się obsługi noworodka. Miała rację. Z dnia na dzień funkcjonowaliśmy coraz sprawniej. Kiedy było ciężko, przypominałam sobie powyższą radę (albo któryś z bon motów mojej mamy) i wszystko jakoś szło do przodu. Każda nowość stopniowo wrastała w naszą codzienność, a później pojawiała się kolejna. Jedyne, co pozostaje stałe, to poszatkowane na kawałki noce. Ale i to (wierzę!) kiedyś się zmieni.

Nie tęsknię za erą przed dzieckiem.

Zazwyczaj, dodam uczciwie, bo bywają chwile, kiedy chętnie bym wróciła na przykład do mojego sobotniego czytania „Wysokich Obcasów” przy kawie. Albo do piątkowej kąpieli w pianie z kieliszkiem wina. Ale zwykle za bardzo pochłania mnie chwila obecna, kiedy Ono podkrada mi z talerza brzegi z pizzy, rechocze nad obrazkiem głodnej gąsienicy, turla po pokoju słoiczek z moim balsamem do ust, wyśpiewuje gamy do bębna w pralce czy testuje wybielanie fug w kuchni serkiem Bieluch (nie działa, niestety).

Wiem, że te 40 tygodni to dopiero początek.

To, czego się nauczyłam przez minione 9 miesięcy: że nie ma nic stałego. Przecież nawet my, dorośli, podlegamy ciągłym zmianom, a co powiedzieć o małym człowieku, który przychodzi na świat jedynie z pakietem podstawowym, pozwalającym wywrzeszczeć sobie dalsze przetrwanie? Ono dorasta na naszych oczach. Codziennie wracam do troszkę innego dziecka.


Ten wpis powstawał długo, bo chciałam Wam powiedzieć dużo rzeczy. Dajcie znać, czy takie portreciki Ono i mojej o-matko-codzienności Wam się podobają. Chcecie tego więcej?

Foto: Pixel Heart