Moja reakcja na wiadomość o cesarskim cięciu? Złość.
Nie, nie na lekarzy, a na moje ciało.
Zawiodło mnie. I to w momencie, w którym tak bardzo na nie liczyłam.

Od początku bardzo chciałam rodzić naturalnie.

Kobiety często boją się tego, ale u mnie było odwrotnie – byłam przerażona wizją znieczulenia, samego zabiegu, możliwych komplikacji i długiego wracania do siebie. Przygotowywałam się do porodu psychicznie i fizycznie, czytałam, pytałam, zbierałam informacje i byłam pewna, że dam radę.

Nie było mi dane nawet spróbować.

Moje ciało postanowiło się zbuntować pod sam koniec ciąży. Najpierw zastrajkowała, tarczyca, później serce, nerki i wątroba. Do pełnej porażki brakowało chyba tylko cukrzycy. Sama się dziwię, czemu się nie pojawiła, biorąc pod uwagę liczne 200-gramowe tabliczki białej czekolady z chrupkami truskawkowymi, które wtedy pochłaniałam. W bardzo dużych ilościach.

Więc kiedy „cesarka” stała się faktem i dostałam niecałe 2 dni na to, żeby się z tym oswoić, zawzięłam się na karmienie naturalne. W końcu coś, co zależy tylko ode mnie! Chwyciłam się tego kurczowo, bo mój dotychczasowy plan się posypał i pilnie potrzebowałam nowego, osiągalnego celu.

Pierwszą z dwóch nocy na patologii ciąży spędziłam na lekturze notatek ze szkoły rodzenia, książek Sheili Kitzinger i bloga Hafiji.

Później wymogłam na Nim obietnicę, że zajmie się możliwie szybko kangurowaniem Ono, co miało zastąpić kontakt skóra do skóry i pomóc oszołomionemu nagłym wyciągnięciem maluchowi aktywizować odruch ssania. Dodałam na Pintereście linki do zdrowych przekąsek. Dokształciłam się w kwestii tego, jak wygląda dieta matki karmiącej (dokładnie tak, jak potwór z Loch Ness – bo też nie istnieje!). Prawie zrobiłam doktorat z maści na bolesne brodawki. Zapisałam sobie kontakt do certyfikowanej doradczyni laktacyjnej, tej najbliższej i jakiejś w Krakowie. I nastawiłam się na sukces, jak Rocky. Śpiewałam sobie w myślach „Eye of the Tiger” .

Bo, jak wielokrotnie przeczytałam, mleko jest w głowie.

Nie, to nie znaczy, że wystarczy pomyśleć i można karmić. Że wystarczy pozytywne nastawienie, a reszta sama poleci, jak z kranu. Po prostu, laktacja to bardzo skomplikowany i wciąż nie do końca zbadany proces, w którym psychika odgrywa dużą rolę. Pozytywne nastawienie, połączone z determinacją, uporem i solidną dawką wiedzy, pomaga mi znaleźć w sobie siły, żeby przetrwać kryzysy i radzić sobie z trudnościami. Bo wcale nie jestem jednorożcem, czyli jedną z tych kobiet, dla których ciąża, poród i całe macierzyństwo to coś, co przychodzi lekko, łatwo, przyjemnie i bezproblemowo.

On też bardzo mi pomógł.

Bo choć karmieniem zajmuję się ja, to razem chodziliśmy do szkoły rodzenia. Teorię znamy tak samo dobrze, mimo że On prawie zasnął na zajęciach o laktacji (podobnie jak pozostali zgromadzeni panowie), ożywiając się dopiero w momencie, w którym ćwiczyłyśmy przystawianie, korzystając z pluszowych piersi i plastikowych niemowlaków. Ale to wystarczyło, żeby pierwsze karmienie ogarnął sam, kiedy ja mogłam tylko leżeć. I prawie pękł z dumy, kiedy zjawiła się położna, rzuciła okiem na błogo rozssane Ono, i skwitowała: „no, to jest dobrze przystawione dziecko”. On też zobaczył – a właściwie poczuł; wspominałam już, że ma węch jak pies myśliwski? – pierwsze krople mleka, które udało mi się wyprodukować.

A teraz najlepsze: ja wcale tego nie lubię.

Ale też nie nie lubię – dla mnie karmienie jest zupełnie obojętną emocjonalnie czynnością. Jasne, są momenty wyjątkowo fajne: kiedy nagły wyrzut oksytocyny zapewnia mi parę minut błogości w harmonii z Wszechświatem. Albo kiedy Ono nagle obdarowuje mnie szerokim uśmiechem i zaczyna radośnie gruchać, jak gdyby chciało powiedzieć „pojedzone, matka, dobre było”. Są też trudne, bolesne czy zwyczajnie irytujące chwile, kiedy mały ssak mnie gryzie czy spędza przy paśniku 4 bite godziny. Ale wtedy po prostu mówię sobie, że to przecież minie. I zawsze mija.

Możesz myśleć, że robimy z igły widły. Ja, Nadine, Hafija. Te wszystkie kobiety, które piszą blogi o karmieniu piersią. Bo co może być trudnego w czymś tak naturalnym?

Jasne, gdybyśmy wciąż żyli w jaskiniach czy na drzewach, to pewnie mało która kobieta miałaby problemy z karmieniem piersią. Ale na co dzień zajmujemy się głównie uciszaniem i tłumieniem naszych instynktów czy naturalnych odruchów. Powrót do natury jest już niemożliwy, zbytnio obciąża nas balast cywilizacji i kultury. Według mnie, warto z niego korzystać, skoro jest już pod ręką. I polegać nie tylko na instynkcie, ale i na wiedzy.

Więc dokształcajcie się, dziewczyny. Nie słuchajcie obiegowych opinii. Czytajcie aktualne książki, słuchajcie certyfikowanych doradców laktacyjnych i opierajcie się na najnowszych badaniach i wytycznych WHO, a nie na radach sąsiadki czy przesądach przekazywanych przez teściową. Tyczy się to nie tylko karmienia piersią, ale i okołodzieciowego całokształtu.

Wiedza i upór będą najlepszym paliwem dla Waszej laktacji. Rzekłam to ja, matka Polka karmiąca.