Odziedziczyłam po niej nos, dobry gust i turkusowy kapelusz.
Dzisiaj, kiedy sama zostałam mamą, jestem jej wdzięczna jeszcze bardziej niż dotąd.

Za niedzielne śniadania, łódeczki z kanapek i cierpliwość do kilkuletniej mnie, małego, upartego niejadka.

Za lekcje jazdy na dwóch kółkach i troskliwe opatrywanie każdego stłuczonego kolana.

Za wszystkie niepowtarzalne metafory, za pomocą których potrafiła wytłumaczyć mi matematykę, laktację i zawiłości ludzkiej natury.

Za to, że od dzieciństwa widywałam ją z książką, dzięki czemu czytanie było dla mnie najbardziej naturalną rzeczą na świecie.

Za pomoc w zrozumieniu, że porządek w domu robię wyłącznie dla siebie, nie dla innych. I za tolerowanie tego, że czasem wolałam się wyspać w zasyfionym pokoju.

Za to, że czyta mój blog i później często dyskutujemy o moich wpisach.

Za pokazanie mi na własnym przykładzie, że małżeństwo jest super.

Za wysiłek, jaki włożyła w wychowanie nas trojga, bo bez tego nie byłoby mojej cudownej siostry i przefajnego brata.

Za wszystkie dobre rady, które pozwoliły mi przetrwać pierwsze kryzysy macierzyństwa. I bycie przy tym wspaniałą, nienarzucającą się teściową i babcią.

Za to, że chcę być dla Ono taka, jaka ona była i jest dla mnie.

Dziękuję, mamo.